niedziela, 22 sierpnia 2010

Dzien 15 - This is India

Zrywam z regularnoscia.

Wrazenie z Przylotu doo Delhi. Oszalamiajace wielgajne lotnisko, z rzezbionymi scianami i dywanami, pieknymi czystymi kiblonami.

Wrazenie z Delhi. Parne, gorace rumowisko. Pobojowisko z nuta sensu wyczuwalna dopiero po kilku dniach.

Wychodzimy z lotniska z malutkim papierkiem za 350rs do prepaid taxi, zupelnie nie wiedzac o co chodzi. Koles podchodzi, prowadzi do taxy, daje mu kwitek. Slysze krzyk jakiegos kolesia, mowi cos do mojego taxowkaza, chwile gestykuluja, i mowi do nas "Fallow me, this is bad guy. He have no money"... Dzungla ? Tak tu bedzie. Zabieganie o klijenta to jedna z najciekawszych zdolnosci Hindusow.

Tak wiec Jedziemy dobra taxa, po 5 min dosiada sie koles i mowi, ze on jedzie do domu bo skonczyl juz swoja taksowkarska zmiane, no i jedzie z nami. Skrecamy raz, trzeci, Stop. Taxdriver wysiada, gdzies idzie, daje kase brudnemu kolesiowi i przytarguje ze soba kolo. Wlkada do taxy pod nogi drogiego.

"Welcome to India my friends!" To jest zdanie ktore wbija sie w mozg. Na wszystko mozesz jedynie machnac reka.

Taxa nie wie gdzie jedzie, zatacza kilka okrazen wokol, wlasciewie wokol czego?
Gdzies dzwonia, pytaja. Szuruszsuszu to wszystko co rozumiem. Nerwowe spojzenia i ciagla rozmowa z panem na doczepke, mlodym zle ubranym(jak wszyscy) Hindusem. Podobna tu jest najgorzej na ziemi, wszyscy oszukuja, kradna, a jak bedziemy gdzies spac, to rabia Europejczykom zdjecia kiedy spia. Slysze to i nie wierze. Co ja tu robie. Gdzie my jedziemy. Czy ja snie? Czy taxiaze nie wiedza gdzie jeschac? Dobrze ze jest to prepaid taxa, inaczej zaplacilibysmy za kilometry jak za trawe. Jest hardo a mi cisnienie wali we lbie. Naprawde jestem spanikowany.

Po godzinie dokrecamy sie do Szuszantelok. Odlanezienie mieszkania w naszej dzielnicy to kolejne 20 min. Tym razem zawinili budowniczy, wstawiajac budynki 1850 obok 2015. Tak sie zdazylo ze my jestesmy w 1923 tyletylko, ze go brakuje. Nie wiem sam co o tym myslec. Mowimy taxiazowi ze mieszka tu nasz frend, a on ze frend napewno jest strasznym Hindusem co nas zabije. Najlepiej to jak zapiszemy sobie nr do taxiaza bo to wlasnie on jest friend i napewno mozna mu ufac.

Na progu spotykamy Zee. Zaspanym posklejany i wymiety. Zaprasza, koslawo wymawiajac nasze imiona. Uroczy. Pokazuje parter, pokoj, lazienke. Chwile wymieniamy sie wiesciami, ale potem zostawia nas i wraca do swojego przerwanego o 6:00 snu. Zostawia nas w pokoju z malzenskim lozkiem, na ktorym aktualnie spi sam samiuski jeden Pan Karaluch. Kinga panikuje. Serio...

Po zapojstwie Karalona, jakos udaje nam sie zasnac uprzednio wywieszajac nad nami moskitiere. Jestesmy leciuchno roztrzesieni. Za duzo jak na 2 godziny. Za duzo... Ja zasypiam moze po 30 minutach. Naprawde rozmyslam o tym dlaczego tu jestesm, poco podrozowac, i za jakie grzechy tu jestem.

Wstajemy, chwile narzekamy. Jestesmy posepni i zawiedzeni. Jest 15. Prysznic, zabki, nieciekawe miny. Kinga schodzi na dol, wraca i jakby troche sie rozchmurza. Cos sie zmienia. Na dole wiecej swiatla, przestrzeni. Kolega z Lotwy (wyglada jak John Deep). Wszystko sie poprawia, niestety nieznacznie.

Troche nam zajmuje zanim wychodzimy po pierwsze zakupy. Troche nam zajmuje zanim pierwszy raz szczerze sie usmiechamy i troche jeszcze zanim jestesmy zadowoleni z Indii. Tu naprawde WSZYSTKO jest inaczej. Naprawde osoby ktore lubia sobie wcinac Indyjskie jedzonko, obejzeli 2 filmy Bolly i lubia indyjskie szale niech wybija sobie podroz do tego miejsca. To potraktuje jako rade No.8
Tu dziwnosc nie opuszcza cie przez ani chwile. Na poczatku jest dziwna (bo to dziwnosc), osobliwie cie zawstydza. Wszystko sie na ciebie patrzy, czeka zeby cie oszukac, ukasic. Owady i ludzie (chociaz zadnego Karalucha juz nie spotkalismy) sa jakby przeciw tobie. Potem jak przechodzi dziwnosc, okres wstepny, widzisz jednak jak sa to mili ludzie. Usmiechaja sie i smieja nawet. Jest coraz lepiej.

Ten dzien jednak spedzamy w domu. Poznajemy cala sytuacje dziwnej Nieruchomosci. Zyje w niej 3 kolesi Zee, Ralph i Sonny. Zee, nasz chost, 26 latek po inzynieri komputerowej(?), spokojny i zabawny. Dobrze zna angielski i jest superkomunikatywny. Spedzamy z nim troche czasu, gadamy o foto. Przyja nas Na couch ze wzgledu na slowo klucz w naszym profilu "fotografia". Jak nie jeden z nas (lol) kupil sobie fotoaparat, a teraz zacznie sie interesowac Foto. Przez te 2 dni naprawde go polubilem. Uwielbia sie smiac i zna na pamiec cale Inglorious Bastards. Myli Tarramtino z Seanem Pennem i ma odjazdowy, wypakowany bajerami telefon-centrum swiata. Niesamowita maszyna. Ralph i Sonny, spollokatorzy, sa do opisania nastepujaco: R-Imprezowicz nie pijacy alkocholu, Kaszmirczyk umawiajacy sie z Polka i S-27letni prawiczek, Hindus z wybitym zebem, mowiace najmilsze na swiecie "Welcome, how was u'r sleeping ?"
Bylo tak ze we 3 mieszkali sobie, potem Ralph poznal Basie, ktora po jakims czasie pomieszkiwala (codzien po pracy) u chlopakow. Wszystko sobie plynelo, do czasu gdy chlopaczki pomysleli ze super byloby miec CS-erow w domu. I tak od miesiaca w domu zamias 4 osoby zyje srednio 7(czasem i 9), Basia zdezerterowala ze slowami na ustach "Wymieniliscie mnie na Couch Surfing", a chlopaki planuja przyjac jak najwieksza liczbe zajebistych typiarzy do czasu swojej podrozy po Europie. Cool.

Magicznym pkt dnia, jest jednak wieczorne wyjscie na miasto. Nie mowie o wyjsciu do Delhi, to jutro, ale do Gurgain, miasteczka naszego pobytu na granicy z Delhi. Przemiezamy wszystkie czarne uliczki C-bloku (jak sie dowiadujemy jest to naprawde bogata dzielnica) i po 15 min dochodzimy do Sallims, Rastauracji - Budzie, serwujacej tak niesamowite jedzenie ze nie wiem co napisac. Jest zacnie a nasze miny naprawde sie poprawiaja. Uwielbiam ich kuchnie !

Dzien Konczy sie na pokazywaniu najleprzych wg nas fotografow swiata Zee-emu. Jest naprawde podexcytowany. Zaczyna rozumiec dlaczego nie bylismy tak zachwyceni widzac jego fotografie motyli z kwiatkiem. Widze ze bedzie sie tym jarac az do konca. Uwielbiam go.

Potem ja cos pisze. Na chwile wracam do wydazen z sprzed 3 dni, zeby troche zapomniec o tym calym Indyjskim Balaganie.

Pisze o tym wszystkim tak jak to widzialem wlasnie dnia 15 w piatek, przed nastaniem soboty, nie mowiac juz o Niedzieli. Przez glowice przechodzilo tyle sprzeczych mysli. Tak duzo Paniczych krzykow w sobie trzymalem i troche udawalem przed Kinga ze wszystko ok. Oboje jestesmy niezle spanikowani ale to ja mam siusiora w spodniach wiec...

Wiec znow na nowo przemyslam dlaczego Indie? I chyba to dobrze. Mysle, ze trzeba tu przyjechac zeby zobaczyc. Zeby sie znalezc troche bardziej. Jest tez tak jak jest tu w Indiach i jest tez inaczej, tak jak tam. Nie wiem czy to wytlumaczenie, ale sluchanie opowiesci nie ma nic wspolnego z doswiadczaniem. Co ja bede sie tu... Dzien 16 miesza w glowie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz