piątek, 20 sierpnia 2010

8-14

Jako ze i tak nie zdaze opisac wszystkiego tak dokladnie jak chce, zaczynam myslec o rozwiazaniu posrednim. Bede dokladnie pisac o czasach w ktorych sie znajduje a skipowac te ktore juz minely. Jasne ? :-P

Dzien 8
-Wypad z Budsapesztu w Samochodzie wypakowanym dzieciakami
-Potem spotkalismy Zlego czlowieka w Constantie, ktory wcisnal nam tyle Bullszitu... Bylismy przerazeni samym byciem na wybrzezu. Gypsies, Gypsies my friends, be carful dej wil rob ju and fak u... Ale bylo mega zajebiscie.
-Spanie na plazy, troche jeszcze przesraszeni. Oczywiscie nic sie nie stalo :-D

Dzien 9
Chyba najwolniejszy i leniwy. Do 15 nie zrobilismy totalnie nic. Zar lal sie z nieba (smieszny idiom). Lezelismy, plywalismy, czytalismy. Wszystko. Potem Szoping (calkiem udany musze powiedziec) i obiad w taniej szamodajni. Wyjezdzamy za miasto prowadzeni jak za raczke przez 2-jke licealistow(Joana i Rado) Po czym lapiemy stopa, ktory sporo wprowadza w nasza wyprawe. Ana i Catalin jada wlasnie na weekend do Vama Veche z Bukaresztu, w ktorym spedzaja cale swoje zycie. Sa ostro wkurzeni na normalna codziennosc i sporo rzeczy zwiazanych z Polityka i obrotami niektorych spraw w rumunii (sa po Political Science) Tak wiec jedziemy z nim ciagle rozmawiajac, po czym po wysiadce okazuje sie ze spedzamy rowniez z nimi wieczor a jak sie okaze potem caly nasz pobyt w Vama.

Vama veche - Wodstok 24/7 przez calutkie wakacje. Cale gromady brudoidow, metaloidow, Reggemanor, rastazbokow i wszystkich dziwnie wygladajacych mieszkancow ziemi mieszaja sie z Posh-peopelsami, ktorzy uslyszeli o egzotyce vama. Wioska jeszcze 10 lat wstecz nieznana przez normalnych turystow a jedynie przez wspomnianych odszczepiencow byla odkokiem od cywilizacji. Teraz po wybudowaniu drogi (omg) cywilizacja wchlonela dawny koczowniczy wyglad Vamna ale pozostawila ducha. Nie wiem jak oceniac, wszyscy turysci mowia "ooo wy takze znalezliscie Vama" Wszystkie Ufole mowia "5 lat temu to jeszcze bylo Vama, teraz pelno tu turystow z dziecmi..." Dla kazdego...

Tak wiec dni 9-nic nie zrobic (wieczor), 10-dzien chorobska, 11-nic nie zrobin no2, 12-sequel chorobska (poranek)spedzamy w Vama. Gdyby nie moja choroba, wlasciwie nazwalbym je nudnawe. Naprawde nic sie tam nie dzieje a najwieksza atrakcja tych 3 dni byly chyba moje czerwone siki. Tak wiec obijamy sie jak tylko sie da chociaz jestem mocno spragniony dalszego przemieszczania mojej lewej nerki (albo czaszki) nie oddzielajac jej od reszty na poludnie. Ale coz nie zawsze chciec to miec. Musze wspomniec tez o Rybodajni (niesamowite miejsce) gdzie panowie rybaki o 5 rano plyna w morze nalowic ryb, aby o 12 podawac z nich przepyszne dania... W menu slimaki, krewety, olbrzymia plaszczka... My jemy zupe, w ktorej plywaja(sic) cale ryby (z glowka i ogonkiem). Przepycha. Mily wlasciciel po rozmowie z nim daje nam posilek za darmo, chociaz nie zachowalismy sie zbyt milo obiecujac mu wyplyniecie z rybakami w morze, a potem nie informujac go o zmianie planu...

Mysle ze bycie packpakerem ma specyficzny graniczny punkt. Juz prawie jest sie zebrakiem, gotowym na akceptacje pomocy od kazdej proponujacej osoby. Delikatne wymuszanie pomocy tez jest akceptowalne. Pytanie jest jak daleko ty jestes w stanie o ta pomoc zabiegac. Ana i catalin zasponsorowali nas na jakies 30 zl.Niejest to duza suma. Na poczatku odmawialismy po czym po 3 dniach, po skonczeniu sie waluty, sami prosilismy ludzi pod sklepem o dozucenie nam 2 lei do wody. Nie Wiem sam jak mam to oceniac. Co wolno w podrozy a co w domu. A moze to ten sam zestaw praw i nie powinnismy akceptowac czy wymuszac tego typu pomocy. Fakt jest taki ze za benzyne, spanie nie placimy. Dalej sie pozastanawiam bo sam czuje sie z tym nieswojo. Moze to wlasnie wyznacznik czego trza sie trzymac? Nieswojosc?

Rano dnia 12 mam nawrot mega sikanka, ale do 12 calkiem przechodzi. To ten dzien kiedy prosimy o kase na wode (musze sie przyznac ze na leki tez) i jedziemy dalej na polnoc. Lapiemy niesamowitego stopa ale przyspieszajac piowiem tylko o tym ze mial na imie George.

Wysadzewni w Nessebarze, miescinie najbardziej turystycznej i obsranej malymi kramikami wypchanymi turystycznym szitem w moim zyciu. Jest strasznie. Nawet jesli architektura wysepki jest naprawde malownicza i urocza, to i tak spod tego gowna wystaje jesynie 10% tego co ladne. Za wyrazenia przepraszam, ale jesli tak ma w przyszlosci wygladac kazde osobliwe miejsce na tej planecie, ja koncze z podrozami. Bezsens posuniety jest do tego stopnia ze na pocztowkach z Nessebaru widnieja wlasnie te turystolapy-kramiki. Dostajesz od znajomych pocztowke z tymi wszystkimi, sprzedajacymi kicz totalny sklepikami i wiesz jak swietne wakacje spedzili, a takze jak ekscytujace i naprawde warte do zwiedzenia miejsce zobaczyli. Koniec nazekania(moze jescze tylko ze na ulicach pelna przeklinajacych bucow z Polski)

Uciekajac z nessebaru lapiemy stopa rozbijajacego sie jakims niesamowitym mercem kolesia (nie to co ogorek Georga) i przemieszczajac sie do tej pory najwieksza predkoscia wynoszaca 170km/h dojezdzamy do jakiejs stacji. Potemjeszcze stop, drogi. Straszliwy fart, nie czekamy dluzej niz 10 min, potem nie czekamy dluzej niz 2. Dojezdzamy do miesciny Malko tarnovo i myslac ze tam zginiemy w tej zabitej dechami miescinie, po 20 min, lapiemy stopa do pierszego wiekszego miasta w Turcji (nazwe zapomnnialem i nie chce mi sie sprawdzac). Po czym kolejnego, dziwacznego i napalonego, nic niemowiacego w jezyku znanym Murata po kolejnych 5 min. Niesamowicie Fartowny dzien. Opisalbym Murata z deka dokladniej ale jeszcze dzis chce napisac o Delhi skad pisze i nie wystarczy mi sil... Chyba...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz