Znowu choruje. Nigdy tak sie nie dzialo. Zdrow jak ryba, zachartowany. Mama wystawiala mnie przecie na go na chwilke jak bylem maly na mroz zeby mi sie lepiej na starosc zylo (sic :P).
Tak wiec choroba obcokrajowcow, w polaczeniu z niewyobrazalnie wysoka goraczka, mroczkami, problemami z rownowaga... Jest kiepawo. Kinga sie mna zajmuje cale przedpoludnie, potem wpadamy na pomysl lekaza.
Ledwo idac, z mroczkami przed oczami, gonie za dlugonogim Jasinem prowadzacym nas do lekarki, ni w zab nie mowiacej po naszemu. Przekazuje przez niego wszystkie najdrobniejsze szczegoly mojej wstydliwej (luzz) choroby. Babeczka proponuje X-ray nerek... Bez komentaza. Tak wiec z calej afery wychodze z 2-ma rodzajami tabletek. Niebieskimi i bialymi. Na zmiane prosze. Do wieczora jest lepiej...
O 18:50 wychodzimy z domu na autobus. Do odlotu mamy raptem 8h... Ale jakos tak sie stalo ze idziemy. Autobus odjezdza 19:20 (tak wynika z planu). My do naszego wsiadamy o 20:40... Co sie stalo z poprzednim?? Nikt nie wie... Ramadan ? Lenistwo? Awaria?
O 22 jestesmy na lotnisku. Mamy jeszcze chwilke do odlotu samolotu. Czekamy... Sprawdzam czy nasza rezerwacja jest aktywna, toaleta, ogladamy sklepy... Jest swietnie. Gramy w backgamona. Podchodzi do nas Hidi wygladajacy kolec, gadamy. Okazuje sie byc studentem, 22latkiem (wyglada jak 30), nie pijacym, nie palacym, prawiczkiem. Na poczatku gada sie dobrze, wymieniamy sie kulturami, podrozamni, przezyciami. Po chwili znajomosci, mam wrazenie olbrzymiej checi kolegi do ponizenia nas w obliczu jego osiagniec. Strasznie glupie zachowania, zarty nie na miejscu... Do poczatku lotu zostaje jednak przy nas... Lecimy w ta sama strone o tej samej godzinie...
Reszta kiedy indziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz