Wiec to przedostani post. Troche bedzie mi pewnie brakowalo tego stukanka wieczornego w czarne klawisze, dziwne klawiatury, w dziwnych miejscach. Wylaczajace sie z pradu komputery tez bede z rozrzewnieniem wspominal. Za chwile odlatuje z lotniska w Delhi a po 4h czeka mnie kolejne 16 na lotnisku w Emiratach Arabskich. Nie wiem jeszcze jak to wytrzymam ale potem jeszcze kolejne 6 w samolotach do Istambulu a potem Berlina. Chcialbym umiec tak wylaczyc sobie myslenie. Zeby nie musiec sie uzerac z imadlem w klatce piersiowej, ktoremu sciskac kaze sie mysl o niepojechaniu do Nepalu.
Wczoraj z hotelu w Bagsu wyszedlem o 6:30 myslac ze autobus mam o 7:30 ale wyraznie mi sie cos poprzestawialo bo autobus odjechal o 6:30. Beze mnie. Wiec caly w panice lapie taxe, gonimy autobus, a ja z podexcytowania daje buziaka Hindusowi-taxiazowi za to ze dogonil moj 12h koszmarowoz. 200rpi ubozszy wsiadam do wspomnianego koszmarka, za ktorego malo nie zaplacilem bo niby "touristic class" cokolwiek znaczy ten zwrot. Siadam obok grubawego hinduska, ktory przez telefon z kims sie rozwodzi. Jest najgorzej. Ten agresywnie przy tym wymachuje, rzuca sie na siedzeniu, krzyczy. Naprawde nie wiem co z nim zrobic. Prosze go zeby wylaczyl dzwiek w telefonie, mowi ze nie umie. Uciszyc sie, nie potafi tez, chociaz w sumie nawet przez chwile probowal. Po chwili zaczyna sie strasznie rzucac, zaczynam myslec ze ma padaczke... Nie wiem co zrobic z nim ale po chwili okazuje sie ze zgubil portwel i dostaje jakiegos wstrzasu nerwowego, rzuca sie, zpycha mnie z fotela i zaczyna naprawde odplywac. Twarz oblewa mu pot i krzyczy po angielsku jakies straszne sumy, obwinia wszystkich na okolo, zatrzymuje autobus... Nie wiem co myslec jak po 30 secundach walki, portwel sie znajduje a ten lapie mnie jak maskotke pocieszenia i z calej sily sadosnie poklepuje mnie po plecach prubujac obic mi pluca. Caly w skowronkach znow usadza swoje dupsko w fotelu i wesolo do mnie zagaduje jaki to jest bogaty i na zmiane przez telefon rozwodzi sie ze swoja lasia... Czemu mnie to trafia w tym tragicznie smutnym bo ostatnim dniu?
Potem po dojechaniu do Delhi mam jeszcze klopoty z karta, przejezdzam 7 bankomatow i w zadnym nie moge wyplacic ani Rupijki. Jestem zalamany i calkowicie wyrzety z energii. Zaczynam myslec o wyzebraniu kazsy na bilet Metra a taxowkaz, ktory mnie tam dowiozl calkowicie wariuje i mowi ze mam mu natychmiast dac kase. Ja teatralnie siadam na chodniku i udaje ze bede plakac. Odchodzi a ja po 2 min znajduje ukryty bankomat citybanku i wszstko sie udaje.
Koniec z narzekaniem. Jade do domu. Juz za 28h bede. Teraz ostatnia tortura podrozy czyli loty, a potem 100% z siebie i kolejny wazny czas zdobywania doswiadczej zupelnie innej kategorii. Mama mowi ze czlowiek jest najbardziej zadowolony, kiedy swiadomie pokonuje swoje slabosci, kiedy wbrew lenistwu i atropii dopina guziki. Wiec zgodnie z tym zmierzam ku obiecanemu soebie hadremu Dzialaniu!
Rada No16 to taka, zeby od poczatku nastawiac sie na Powrot (jesli taki byl zaplanowany:-P) i kiedy nadejdzie juz sie nie martwic, ze nadszedl. Szkola jest nudna:-D Rutyna sama w sobie odstrasza. 2 miesiace to bylo za malo a teraz wszystko co bedzie to ciezka praca. Ale i tak jak mowi pan Karmapa wszedzie musimy szukac usmiechu.
Podsumowujac, mysle ze Indie nie sa tak przerazajace. Nie wiem czemu martwica mozgu odebrala mi zdolnosc trzezwego myslenia przed wyjazdem ale naprawde nie bylo czego sie bac. Caly szok kulturoiwy, odmiennosc zwyczajow i zupelny balagan nie sa powodem do spinki i odbierania sobie nadzieii na powodzenie podrozowania w tym kraju. Teraz zaluje ze nie wzialem laptopa, mp3. Nie musialem sie bac o brak papieru toaletowedo i srodkow czystosci. Za duzo myslenia wcale nie pomaga teraz to wiem. Zdolnosc do zlewania tego na co sie nie ma ochoty tez pozadana. Nie wiem czemu tak dlugo czasu zajelo nam wyluzowanie z calego tego balaganu. Wszedzie jest przeciez tak samo, tutaj jest tylko troszeczke inaczej.
Jak wroce do domu, napisze jeszcze cos. Mam nadzieje, ze bedzie to cos waznego, sensownego. Postaram sie w podrozy pozbierac troche mysli, zeby wszyscy ci co juz niedlugo beda miec Vize Indyjska w paszporcie wiedzieli jake fale przybrac. Zeby samemu sobie uswiadomic range podrozy dla samego siebie. Chociaz teraz mysle ze byla to jedna z najwazniejszych lekcji, nie wiem gdzie to wszystko cie we mnie ulokowalo i czego tak naprawde ta lekca mnie nauczyla. Moze sam poddalem sie tym wszystkim frazesa i teraz leje wode mowiac "podroze ksztalca"... Nie wiem za bardzo. Moze juz niedlugo a moze za dlugo sie dowiem.
A jak napisze to na koncu dodam The End. Zeby bylo wiadomo ze teraz juz wylaczam tryb wakacyjny, tryb kontemplacyjny. Pora na telesfora
sobota, 25 września 2010
czwartek, 23 września 2010
3 dni do konca.
Dzis juz tak niewiele zostalo. 3 magiczna liczba, trzeba wykozystac pozostajace dni jak najlepiej sie da. Przeszkadza brak Kingi. Wszystko juz nie takie kolorowe jak nie ma sie komu tego powiedziec, z kim przemyslec slow tych wszystkich ludzi na okolo. Troche bardziej przytlumiony i juz nie tak twardy, bardziej szary czekam na wyjazd jednoczesnie jak glupi chwytajac wszystko co tu jeszcze nie zostalo przeze mnie zbadane.
Wiec nie za duzo do pisania z przezyc. Dzis spacer w niskie Himalaje posrod niesamowitych olbrzymich rododendronow (ciekaw jestem jak tu jest jak kwitna) i tylko kilka przemyslen. Nie wiem poco wracac do domu i znow odwalac rutynke, ale chyba niezbedne jest wyedukowanie siebie, nauczenie swojego mozgu myslec i sie uczyc a potem w pelni swiadomie przyjmowac to co gotuje sie za rogiem.
Jesli ktos jeszcze nie za bardzo siebie zna, niepewnie czuje sie w sytuacjach, cokolwiekby to znaczylo, nie znalazl swojego marzenia, celu, mysle ze powinien tutaj przyjechac. Zobaczyc jak zyja Indolki, podroznicy. Jak niewiele trzeba zeby sie usmiechac. Duze slowa ale czuje ze 2 miesiace w Indiach to malo czasu, ale duzo zmian w czlowieku.
Kiedy przytargalismy sie do Delhi, przez 2 pierwsze dni bylem calkowicie sparalizowany, balem sie wychodzic z naszego domku. Szok kulturowy i juz o tym pisalem. Nic nie jest tak jak w domu, kazdy do ciebie mowi, kazdy patrzy. Dzis jakos tez do wszystkich mowie, do kazdego sprzedawcy z bananem na ustach chce sie zagadac, powiedziec mile slowo. Spotykam pogroznikow i gadam z nimi zaczynajac od srodka a nie od "what's ur name" tylko opowiadajac jak wlasnie przed chwila jadlez zupe i polecasz, a tak poza tym to chyba dzis jest jakies party w Daramsalhi. Nie wiem jak to nazwac, ale czuje sie jak w filmie, gdzie wioskowy chlopiec idzie przez swoja wioseczke i zagaduje do wszystkich wolajac ich po imieniu. Mnostwo osob zna sie tu po imieniu i wszyscy sie dobrze z tym czuja. Maja siebie na wiezchu i nie potrzeba zawiazywac dlugotwalej znajomosci zeby ktos opowiedzial ci cos ciekawego, smutnego, prywatnego. Tu wszystko jakos wedruje, z ust do ust przenosza sie rady, madre slowa, zyciowe wybory i sciezki tych wszystkich tu.
Pisze to dlatego ze przedwczoraj ktos powiedzial ze po powrocie do domu czuje sie jeszcze wiekszy szok kulturowy niz przy przyjezdzie do Indii. Otwartosc ludzi w domu ogranicza sie do cichego "przepraszam" kiedy trzepna cie niechcacy parasolem w autobusie. Nikt z nikim nie zamieni bezinteresownego slowa, bez zobowiazan a w obawie o swoja "prywatnosc" mokt nawet sie na siebie nie patrzy. Bezsensu byloby rozpoczac rozmowe o niczym z jakims kolejnym nikim w jakims niekonkretnym miejscu w trakcie czekania na kolejny autobus. Ile razy mowi sie dziendobry w domu ? Ja dziennie tutaj przynajmniej obdarzam usmniechem i tutejszym "Namaste" 100 osob a jeszcze wiecej pozdrawia mnie. Codziennie jestem zagadany o smak ciastka z piekarni, miejsce skad pochodze, o moje samopoczucie. Nie jest to jednak Angielska uprzejmosc tylko taka jakas ludzka :-D To jest cos zupelnie innego i chodzbym nie wierzyl w zadnych bogow i w zadne duszki, to jednak tutaj, w poblizu klasztorow, z pousmiechanymi mnichami na ulicy, jakos wyczuwqa sie aure zadowolenia i wszechobecnej jednosci? Nie bardzo w dalszym ciagu znajduje odpowiednie slowo.
Boje sie 2-giego szoku kulturowego jak holera. Nie wiem jak sie na to przygotowac, a moze juz teraz powinienem kupic sobie jakies Indyjsko pachnace klapki na oczy zeby chociaz miec wspomnienie tego miejsca kiedy bede NIE zwracal uwagi na wszystko wokol.
Coraz czesciej w Warszawie zadawalem sobie pytania, gdzie, poco, dlaczego, dla kogo, jak jeszcze dlugo robie to co robie i chyba to normalne dla kazdego w moim wieku. Tutaj zadaje sobie te pytania jeszcze czesciej ! I tak jak tam odpowiedz przynosila mi duzo smutku i duzo rozczarowania tak tutaj zaczynam wszystko jakos sobie ukladac. Dlaczego wracam do Warszawy, dlaczego nie rzuce szkoly na rzecz tutejszego zycia. Dlaczego jednak chce zostac jeszcze i przygotowywac sie na przyszlosc.
Karmapa, przewodnik duchowy buddystow mowil, ze zupelnie jedynym celem w zyciu jest byc szczesliwym. Jedyny i zupelny cel. Fajne co ??
Wiec nie za duzo do pisania z przezyc. Dzis spacer w niskie Himalaje posrod niesamowitych olbrzymich rododendronow (ciekaw jestem jak tu jest jak kwitna) i tylko kilka przemyslen. Nie wiem poco wracac do domu i znow odwalac rutynke, ale chyba niezbedne jest wyedukowanie siebie, nauczenie swojego mozgu myslec i sie uczyc a potem w pelni swiadomie przyjmowac to co gotuje sie za rogiem.
Jesli ktos jeszcze nie za bardzo siebie zna, niepewnie czuje sie w sytuacjach, cokolwiekby to znaczylo, nie znalazl swojego marzenia, celu, mysle ze powinien tutaj przyjechac. Zobaczyc jak zyja Indolki, podroznicy. Jak niewiele trzeba zeby sie usmiechac. Duze slowa ale czuje ze 2 miesiace w Indiach to malo czasu, ale duzo zmian w czlowieku.
Kiedy przytargalismy sie do Delhi, przez 2 pierwsze dni bylem calkowicie sparalizowany, balem sie wychodzic z naszego domku. Szok kulturowy i juz o tym pisalem. Nic nie jest tak jak w domu, kazdy do ciebie mowi, kazdy patrzy. Dzis jakos tez do wszystkich mowie, do kazdego sprzedawcy z bananem na ustach chce sie zagadac, powiedziec mile slowo. Spotykam pogroznikow i gadam z nimi zaczynajac od srodka a nie od "what's ur name" tylko opowiadajac jak wlasnie przed chwila jadlez zupe i polecasz, a tak poza tym to chyba dzis jest jakies party w Daramsalhi. Nie wiem jak to nazwac, ale czuje sie jak w filmie, gdzie wioskowy chlopiec idzie przez swoja wioseczke i zagaduje do wszystkich wolajac ich po imieniu. Mnostwo osob zna sie tu po imieniu i wszyscy sie dobrze z tym czuja. Maja siebie na wiezchu i nie potrzeba zawiazywac dlugotwalej znajomosci zeby ktos opowiedzial ci cos ciekawego, smutnego, prywatnego. Tu wszystko jakos wedruje, z ust do ust przenosza sie rady, madre slowa, zyciowe wybory i sciezki tych wszystkich tu.
Pisze to dlatego ze przedwczoraj ktos powiedzial ze po powrocie do domu czuje sie jeszcze wiekszy szok kulturowy niz przy przyjezdzie do Indii. Otwartosc ludzi w domu ogranicza sie do cichego "przepraszam" kiedy trzepna cie niechcacy parasolem w autobusie. Nikt z nikim nie zamieni bezinteresownego slowa, bez zobowiazan a w obawie o swoja "prywatnosc" mokt nawet sie na siebie nie patrzy. Bezsensu byloby rozpoczac rozmowe o niczym z jakims kolejnym nikim w jakims niekonkretnym miejscu w trakcie czekania na kolejny autobus. Ile razy mowi sie dziendobry w domu ? Ja dziennie tutaj przynajmniej obdarzam usmniechem i tutejszym "Namaste" 100 osob a jeszcze wiecej pozdrawia mnie. Codziennie jestem zagadany o smak ciastka z piekarni, miejsce skad pochodze, o moje samopoczucie. Nie jest to jednak Angielska uprzejmosc tylko taka jakas ludzka :-D To jest cos zupelnie innego i chodzbym nie wierzyl w zadnych bogow i w zadne duszki, to jednak tutaj, w poblizu klasztorow, z pousmiechanymi mnichami na ulicy, jakos wyczuwqa sie aure zadowolenia i wszechobecnej jednosci? Nie bardzo w dalszym ciagu znajduje odpowiednie slowo.
Boje sie 2-giego szoku kulturowego jak holera. Nie wiem jak sie na to przygotowac, a moze juz teraz powinienem kupic sobie jakies Indyjsko pachnace klapki na oczy zeby chociaz miec wspomnienie tego miejsca kiedy bede NIE zwracal uwagi na wszystko wokol.
Coraz czesciej w Warszawie zadawalem sobie pytania, gdzie, poco, dlaczego, dla kogo, jak jeszcze dlugo robie to co robie i chyba to normalne dla kazdego w moim wieku. Tutaj zadaje sobie te pytania jeszcze czesciej ! I tak jak tam odpowiedz przynosila mi duzo smutku i duzo rozczarowania tak tutaj zaczynam wszystko jakos sobie ukladac. Dlaczego wracam do Warszawy, dlaczego nie rzuce szkoly na rzecz tutejszego zycia. Dlaczego jednak chce zostac jeszcze i przygotowywac sie na przyszlosc.
Karmapa, przewodnik duchowy buddystow mowil, ze zupelnie jedynym celem w zyciu jest byc szczesliwym. Jedyny i zupelny cel. Fajne co ??
sobota, 18 września 2010
8 dzien od konca
Takie 3 dni jak te to chyba nieczesto sie ma. Tak naprawde jedne z najwazniejszych. Jesli ktos kiedys bedzie miec 3 dni.
Zaczne od tego co najpierw. Nasz guesthous kosztuje 6,6zl dziennie za pokoj a jest niesamowity. Wszedzie wokol kreca sie ludzie podrozujacy od 9 miesiecy do kilkunastu lat. Kazdy ma cos do opowiedzenia, kazdy troche inaczej. Wszyscy sa ciekaw i naprawde spotkanie z nimi daje olbrzymia nadzieje na przyszlosc :-D Da sie zyc i naprawde nic sobie nie robic z glupiego pomyslu podazania za?
"Wchodnia europa mowi: Ucz sie, Pracuj ciezko. Uniwersytet i jezyki a bedziesz miec swietna prace, dobre zycie. Ale na koncu drogi gdzie ucieklo to dobre zycie ?"To wlasnie mowia nam podrozniki z naszego hostelu, zrezygnowani po przezyciach z kredytami, przywiazani do swoich 45' telewizorow i szybkich samochodow, tutaj codziennie spacerujac i w spokoju czytajac, rozwijajac sie. Trawa po 2-giej stronie zawsze bardziej ale oni nie wydaja sie o kszte sflustrowani, zanudzeni, ztyrani. Wszystko im przychodzi bardziej jakos tak poprostu, bez potu na czole. W kazdej chwili zapytani, odpowiedza i cie poinstruuja, powiedza co dla nich wazne. Kazdego dnia slysze przemile hello a wieczorem zawsze spytaja co sie dzialo w twoim dniu. Przesiakli Indyjska otwartoscia. Nie maja klapek na oczach jak panowiepanie z autobusow codziennej komunikacji warszawy a sa ciekawi wszystkiego co wokol. Krotki opis niewiadomopoco ale czy niechcialbys spotkac kogos takiego?
Mnichy daly sie poznac z jak najleprzej strony. Pierwszy klasztor buddyjski w zyciu i juz Neema, mnich tutejszej gompy przez godzine opowiada nam o budyzmie, tej czesci Indii, Tybetanczykach. Mowi zebysmy poszli do Karnapy, duchownego przewodnika nastepnego po Dalajlamie. Zeby isc i posluchac ich modlitw i zobaczyc. I to jak latwo sie na nich patrzy. Jakos zupelnie bezproblemowo. Podnosisz na nich wzrok a na twarzy czerwonego mniszka wykwita usmiech. Podnosisz aparat a w oczach rozpala sie zrozumienie. Bezproblemowy kontakt. Nie to co w domu :-D
Puja-Buddyjska modlitwa to cos czego nigdy nie zapomne. O 18:30 rozpoczyna sie w osrodku buddyjskim, podlaczonym do kompleksu Tybetanskiego rzadu na uchodzctwie. Jest niesamowicie. Mnisi zmienionymi i groznymi glosami, przekrzykuja sie w ciaglym i jednostajnym rytmie. Glebokie basy glosow przeszywaja. Naprawde mozna poczuc w stopach. Potem instrumenty wiecej grozy, a mi szczeka opada na ziemi. Podnosze ja i chwile sie otrzasam po mojej zgubie kiedy dolaczaja sie megaglebokie traby. Staram sie trzymac juz szczeke zeby znow nie zgubic ale rece gonia mi do aparatu. Jestesmy z boku sali ale uczestniczymy w modlitwie. Dostajemy herbate jak kazdy modlacy, swiete jedzonko. Nie omijaja nas wzrokiem a raczej dolaczaja. To juz nie ci sami azjaci co ciekawskie Hinduski. Cos zupelnie niebywalego. Dostajemy potem prowiant, jak kazdy modlacy sie. Niesamowicie mily gest, a kiedy wszystko sie konczy od kazdego mnicha otrzymujemy odusmiech :-D
Od Rivany, jednej z podrozniczek z naszego hotelu uslyszalem, ze jak wrocimy spowrotem do domu, bedziemy raz jeszcze musieli przezyc szok kulturowy. Spowrotem bedzie trzeba poczuc sie jak samotnik. W Metrze, autobusie cicho. Po cichu do szkoly i ze szkoly. Patrz pod nogi CICHO. Co siebie interesuje kim jestem, czus ty zboczeniec jaki?
Tutaj kazdy jest zainteresowany chodzby krotkim kontaktem. Czesto to oni dziekuja ze my zadalismy im pytanie. Czesto rozmawiami z obcymi ludzmi o niczym i smiejemy sie ze sprzedawcami z cen. Czesto mijamy bialych i poprostu mowimy sobie hello, witaj co robisz kim jestes. Czesto mijamy brazowych i pyamy o to samo a przy tym czujesz sie jakos ciagle obok wszystkich.Sasiad twym bratem jest a kazdy z kazdym nawiazuje kontakt chodzby wzrokowy. Trudno bylo do tego przywyknac, nauczyc sie jak i kiedy rozmawiac, ale teraz naprawde przyjemnosc sprawia ten wszechobecny obok usmiech :-D Boje sie tego co juz niedlugo.
Wczoraj pierwsza wyprawa w Himalaje. Idziemy na gore wysokosci 2875m startujac z 1400. Gubimy sie po drodze, idziemy na przelaj, w gore. Prawie sie wspinamy. Potem sie odnajdujemy i 4h pod gorke, po kamieniach, przes strumienie wsrod chmur. Caly czas przeklinamy, na zmiane ciskajac nic nie znaczace "zajebiscie" i podziwiamy co chwile zmieniajacy sie krajobraz. Czuje sie jak w Indiana Jones, idac na polce skalnej szerokosci 2m a potem przepasc. Cos zupelnie nie z tej bajki jakby nie powinno mnie spotykac. Przyroda zapiera dech a ja wbrew fotografi przyrodniczej na codzien tym razem wyjmuje aparat i poprostu pstrykam co 10m. Na szczycie jest jeszcze lepiej, a zachod slonca... Ciezko mi to przezywac bo nie za duzo po gorach lazilem. Robi to na mnie ogromne i poirunujace wrazenie. Kiunga natomiast po gorach nie chodzila nigdy i wlasnie rozpoczela od Himalajow swoja przygode. Ona doslownie czolga sie z wrazenia, brakuje jej slow. Jest przasnie a pomysl na noc to spanie w namiotach na szczycie, za ktore placimy wiecej niz za jakikolwiek pokoj do tej pory podczas calej jazdy. O poranku juz nie chce pisac, bo niestety slownik nie za szeroki a nie czytalem "nad niemnem" wiec przyrody nie umiem opisac. W kazdym razie bylo najlepiej.
Dzis wyklady z Karnapa po szalenczym zbieganiu z gor. To co w gore zajelo 5 w dol tylko 3 h. Teraz juz nie wsrod bialych oblokow. Przejzysty i sloneczny dzien, odslania panorame calych pobliskich Himalajow, okolicznych wiosek i kolejne przezycie w gorach :-P Na 16 u Karnapy, 2h wykladu. Jest genialnie, wydaje sie jakby Buddysci mieli pomysl na wszystko, a nie jak "nasza Polska religia" cierpienie zbliza cie do boga... Tutaj wszystko jest w jakims kolku, wszystko wynika ze wszystkiego. Karnapa odwoluje sie co i rusz do najnowszych badan, technologi. Mowi o swiecie wspolczesnym nie jako zlu, ktore omamia i niszczy a jako o nowej sytuacji w ktorej my musimy szukac. Nie wiem czy od jutra bede buddysta, zapewne nie :-D Napewno jednak chce posluchac filozofi tych usmiechatych i pomocnych ludzi ubranych na pomaranczowo :-P
Zostal mi tydzien. Juz coraz blizej dom a ja dopiero teraz naprawde dobrze sie tu czuje. Dopiero teraz znalezlismy miejce i rzeczy warte eksplorowania naprawde. Z czasem nabiera sie umiejetnosci bycia tu i tam, ale to jest tak jak ze wszystkim, bez skilla jest ciezko :-D Wracac, nie wracac oto jest pytanie. Wiem tylko ze z calych sil bede pracowal na przyszly rok, na przyszle poznawanie. Doloze wszelkich staran w szkolach i w pracy zeby wszystko sie udalo i zeby byc zadowolony i jest to obietnica, ktora skladam sobie :-D To, ze spotyka sie tu taka mase genialnbych ludzi daje powera na samorozwoj i nie marnowanie czasu. Na wyrozumialosc dla ludzi poznawanych kazdego dnia i zycie bez uprzedzen do kogokolwiek. Tutaj jescze bardziej doswiadczas to oklepane "kazdy jest inny" ale mam nadzieje ze wszystko co tutaj, przelozy sie na tam a my bedziemy mogli bardziej swiadomie stawac sie.
Rada No.14 to bedzie taka, zeby przyjechac tu a nie tam. Tutaj w Himalajach jest tak jak nigdzie indziej. Spokojnie ale w dalszym ciagu "indian style". Wszystko jakos bezproblemowo.
Rada No.15 to taka, zeby nie kupowac kart do aparatu firmy pqi. Zaoszczedzilem 100 zl w stosunku do sandisca a teraz nie mam 2 Gb moich zdjec. Mam nadzieje ze moj magik Tata cos z tym zrobi, ale jak narazie nie wiem co bedzie z moimi szczalami...
Dzis czuje jakbym pogwalcil Jezyk polski i interpunkcjie najbardziej...
Wiec raz jeszcze przepraszam za bledy,
i za ortografie tez.
Zaczne od tego co najpierw. Nasz guesthous kosztuje 6,6zl dziennie za pokoj a jest niesamowity. Wszedzie wokol kreca sie ludzie podrozujacy od 9 miesiecy do kilkunastu lat. Kazdy ma cos do opowiedzenia, kazdy troche inaczej. Wszyscy sa ciekaw i naprawde spotkanie z nimi daje olbrzymia nadzieje na przyszlosc :-D Da sie zyc i naprawde nic sobie nie robic z glupiego pomyslu podazania za?
"Wchodnia europa mowi: Ucz sie, Pracuj ciezko. Uniwersytet i jezyki a bedziesz miec swietna prace, dobre zycie. Ale na koncu drogi gdzie ucieklo to dobre zycie ?"To wlasnie mowia nam podrozniki z naszego hostelu, zrezygnowani po przezyciach z kredytami, przywiazani do swoich 45' telewizorow i szybkich samochodow, tutaj codziennie spacerujac i w spokoju czytajac, rozwijajac sie. Trawa po 2-giej stronie zawsze bardziej ale oni nie wydaja sie o kszte sflustrowani, zanudzeni, ztyrani. Wszystko im przychodzi bardziej jakos tak poprostu, bez potu na czole. W kazdej chwili zapytani, odpowiedza i cie poinstruuja, powiedza co dla nich wazne. Kazdego dnia slysze przemile hello a wieczorem zawsze spytaja co sie dzialo w twoim dniu. Przesiakli Indyjska otwartoscia. Nie maja klapek na oczach jak panowiepanie z autobusow codziennej komunikacji warszawy a sa ciekawi wszystkiego co wokol. Krotki opis niewiadomopoco ale czy niechcialbys spotkac kogos takiego?
Mnichy daly sie poznac z jak najleprzej strony. Pierwszy klasztor buddyjski w zyciu i juz Neema, mnich tutejszej gompy przez godzine opowiada nam o budyzmie, tej czesci Indii, Tybetanczykach. Mowi zebysmy poszli do Karnapy, duchownego przewodnika nastepnego po Dalajlamie. Zeby isc i posluchac ich modlitw i zobaczyc. I to jak latwo sie na nich patrzy. Jakos zupelnie bezproblemowo. Podnosisz na nich wzrok a na twarzy czerwonego mniszka wykwita usmiech. Podnosisz aparat a w oczach rozpala sie zrozumienie. Bezproblemowy kontakt. Nie to co w domu :-D
Puja-Buddyjska modlitwa to cos czego nigdy nie zapomne. O 18:30 rozpoczyna sie w osrodku buddyjskim, podlaczonym do kompleksu Tybetanskiego rzadu na uchodzctwie. Jest niesamowicie. Mnisi zmienionymi i groznymi glosami, przekrzykuja sie w ciaglym i jednostajnym rytmie. Glebokie basy glosow przeszywaja. Naprawde mozna poczuc w stopach. Potem instrumenty wiecej grozy, a mi szczeka opada na ziemi. Podnosze ja i chwile sie otrzasam po mojej zgubie kiedy dolaczaja sie megaglebokie traby. Staram sie trzymac juz szczeke zeby znow nie zgubic ale rece gonia mi do aparatu. Jestesmy z boku sali ale uczestniczymy w modlitwie. Dostajemy herbate jak kazdy modlacy, swiete jedzonko. Nie omijaja nas wzrokiem a raczej dolaczaja. To juz nie ci sami azjaci co ciekawskie Hinduski. Cos zupelnie niebywalego. Dostajemy potem prowiant, jak kazdy modlacy sie. Niesamowicie mily gest, a kiedy wszystko sie konczy od kazdego mnicha otrzymujemy odusmiech :-D
Od Rivany, jednej z podrozniczek z naszego hotelu uslyszalem, ze jak wrocimy spowrotem do domu, bedziemy raz jeszcze musieli przezyc szok kulturowy. Spowrotem bedzie trzeba poczuc sie jak samotnik. W Metrze, autobusie cicho. Po cichu do szkoly i ze szkoly. Patrz pod nogi CICHO. Co siebie interesuje kim jestem, czus ty zboczeniec jaki?
Tutaj kazdy jest zainteresowany chodzby krotkim kontaktem. Czesto to oni dziekuja ze my zadalismy im pytanie. Czesto rozmawiami z obcymi ludzmi o niczym i smiejemy sie ze sprzedawcami z cen. Czesto mijamy bialych i poprostu mowimy sobie hello, witaj co robisz kim jestes. Czesto mijamy brazowych i pyamy o to samo a przy tym czujesz sie jakos ciagle obok wszystkich.Sasiad twym bratem jest a kazdy z kazdym nawiazuje kontakt chodzby wzrokowy. Trudno bylo do tego przywyknac, nauczyc sie jak i kiedy rozmawiac, ale teraz naprawde przyjemnosc sprawia ten wszechobecny obok usmiech :-D Boje sie tego co juz niedlugo.
Wczoraj pierwsza wyprawa w Himalaje. Idziemy na gore wysokosci 2875m startujac z 1400. Gubimy sie po drodze, idziemy na przelaj, w gore. Prawie sie wspinamy. Potem sie odnajdujemy i 4h pod gorke, po kamieniach, przes strumienie wsrod chmur. Caly czas przeklinamy, na zmiane ciskajac nic nie znaczace "zajebiscie" i podziwiamy co chwile zmieniajacy sie krajobraz. Czuje sie jak w Indiana Jones, idac na polce skalnej szerokosci 2m a potem przepasc. Cos zupelnie nie z tej bajki jakby nie powinno mnie spotykac. Przyroda zapiera dech a ja wbrew fotografi przyrodniczej na codzien tym razem wyjmuje aparat i poprostu pstrykam co 10m. Na szczycie jest jeszcze lepiej, a zachod slonca... Ciezko mi to przezywac bo nie za duzo po gorach lazilem. Robi to na mnie ogromne i poirunujace wrazenie. Kiunga natomiast po gorach nie chodzila nigdy i wlasnie rozpoczela od Himalajow swoja przygode. Ona doslownie czolga sie z wrazenia, brakuje jej slow. Jest przasnie a pomysl na noc to spanie w namiotach na szczycie, za ktore placimy wiecej niz za jakikolwiek pokoj do tej pory podczas calej jazdy. O poranku juz nie chce pisac, bo niestety slownik nie za szeroki a nie czytalem "nad niemnem" wiec przyrody nie umiem opisac. W kazdym razie bylo najlepiej.
Dzis wyklady z Karnapa po szalenczym zbieganiu z gor. To co w gore zajelo 5 w dol tylko 3 h. Teraz juz nie wsrod bialych oblokow. Przejzysty i sloneczny dzien, odslania panorame calych pobliskich Himalajow, okolicznych wiosek i kolejne przezycie w gorach :-P Na 16 u Karnapy, 2h wykladu. Jest genialnie, wydaje sie jakby Buddysci mieli pomysl na wszystko, a nie jak "nasza Polska religia" cierpienie zbliza cie do boga... Tutaj wszystko jest w jakims kolku, wszystko wynika ze wszystkiego. Karnapa odwoluje sie co i rusz do najnowszych badan, technologi. Mowi o swiecie wspolczesnym nie jako zlu, ktore omamia i niszczy a jako o nowej sytuacji w ktorej my musimy szukac. Nie wiem czy od jutra bede buddysta, zapewne nie :-D Napewno jednak chce posluchac filozofi tych usmiechatych i pomocnych ludzi ubranych na pomaranczowo :-P
Zostal mi tydzien. Juz coraz blizej dom a ja dopiero teraz naprawde dobrze sie tu czuje. Dopiero teraz znalezlismy miejce i rzeczy warte eksplorowania naprawde. Z czasem nabiera sie umiejetnosci bycia tu i tam, ale to jest tak jak ze wszystkim, bez skilla jest ciezko :-D Wracac, nie wracac oto jest pytanie. Wiem tylko ze z calych sil bede pracowal na przyszly rok, na przyszle poznawanie. Doloze wszelkich staran w szkolach i w pracy zeby wszystko sie udalo i zeby byc zadowolony i jest to obietnica, ktora skladam sobie :-D To, ze spotyka sie tu taka mase genialnbych ludzi daje powera na samorozwoj i nie marnowanie czasu. Na wyrozumialosc dla ludzi poznawanych kazdego dnia i zycie bez uprzedzen do kogokolwiek. Tutaj jescze bardziej doswiadczas to oklepane "kazdy jest inny" ale mam nadzieje ze wszystko co tutaj, przelozy sie na tam a my bedziemy mogli bardziej swiadomie stawac sie.
Rada No.14 to bedzie taka, zeby przyjechac tu a nie tam. Tutaj w Himalajach jest tak jak nigdzie indziej. Spokojnie ale w dalszym ciagu "indian style". Wszystko jakos bezproblemowo.
Rada No.15 to taka, zeby nie kupowac kart do aparatu firmy pqi. Zaoszczedzilem 100 zl w stosunku do sandisca a teraz nie mam 2 Gb moich zdjec. Mam nadzieje ze moj magik Tata cos z tym zrobi, ale jak narazie nie wiem co bedzie z moimi szczalami...
Dzis czuje jakbym pogwalcil Jezyk polski i interpunkcjie najbardziej...
Wiec raz jeszcze przepraszam za bledy,
i za ortografie tez.
środa, 15 września 2010
Himalaje? 11 dzien od konca
Juz mniej niz 2 tygodnie a dopiero teraz zaczynamy chyba rozumiec co tu tak naprawde sie wydarzylo i wydarza. Teraz juz w Bangsu, 2km od McLeod Ganj. W google maps nie ma tu nawet narysowanej drogi ale zapewniam, jest.
Mial byc koniec swiata, ale wdaje mi sie ze ten koniec swiata kilku, kilkudziesieciu turystow znalazlo chwilke przed nami. Wiec na jakies czterdziesci brazowiako znajdzie sie bialasek a to dosc duze stezenie bialego w brazowym.
Dzis 7h jechalismy z Amritsaru do Bangsu a potem dopiero uswiadomilismy sobie ze przejechalism 200km. Niektorzy niemcy pewno by potrafili taki dystans i w godzine ale my grzecznie i spokojnie, obcujac z uroczymi hinduskmi i hindusiatkmi wytrzymywalismy nasza podroz. Drogi niestety nie daja powiedziec nic innego. Do najmilszych nie moge zaliczyc tego dystansu bo brzuszek naprawde odmawial. Mysle ze jakis narzad napewno mi sie odbil albo conajmniej mocno zmeczyl bo z apetytem nie najlepiej:-P
Chyba nie wspominalem o umiejetnosciach Hindusow na polu prowadzenia pojazdow welokolowych. A wiec dla mnie, w kolejnosci od najwazniejszego do najmniej waznego guziczka w samochodzie sa Sprzeglo, hamulec, gaz, kierunkowskazy (o czyms zapomnialem?) Hindusi natomiast maja zupelnie inna kolejnosc, dosyc niepokojaca w szczegolnosci podczas jazdy na Himalajskich serpentynach z filmowymi przepasciami tuz tuz obok. Oni rozpoczynaja od Gazu. Wlasciwie tylko to sie liczy. Kto szybszy ten fajniejszy a zeby o tym wszystkim zaanounsowac niezbedny jest klakson, ktory ustalam na 2gim miejscu. Sprzeglo chyba uzywaja chociaz co i rusz slychac wszechobecny charkot lekkiego niedocisniecia tudziesz porzadny wstrzas autobusem z powodu bardziej znacznego niedocisniecia sprzegla. Jako ze kierunkowskazow zaden pojazd tu nie ma a jesli juz ma to zeby sie nie wyruzniac poprostu ich nie uzywa. No i sprawa Hamulca. Nie wiem czy go uzywaja w normalnej jezdzie ale raz na jakis czas, w ramach spolecznej pobudki, autobus badz riksza Hamuje. Chociaz moze lepiej byloby uzycz zamarza w miejscu nie artwiac sie o towar przewozony na pace ? W kazdym razie Bardzo dobrze wszystko to im wychodzi. Tylko 2 razy siedzielismy w rikszy ktora "zawadzila" o jakas przeszkodke. Wiec chyba calkiem niezle :-D
Aha jeszcze niesamowity wynalazek, droga wielokierunkowa. Jest to cos takiego ze kazdy pas ruchu dzieli sie na lewo i prawo stronny. Nie wiem czy moje umiejetnosci literackie dadza rade zeby to wytlumaczyc ale sprobuje. Jako ze Hindusy, spladrowane zostaly po trosze przez Angoli, kilka rzeczy pozostalo tu tak dziwnych jak w Angli (2 krany zamiast jednego, ruch lewostronny, pietrowe autobusy) w Indiach jezdzi sie po stronie Lewej. Wiec jak kazdy sie domysla skret w prawo, przysparza czasami nieco problemu. Hindus za to madra glowa, wymyslil cos takiego jak pas wielokierunkowy. Na rysunku zamieszczam wersje "a" - poprawnego skrecania w prawo z "czekaniem" lub wersje b w dwoch krokach, stosowana przez wiekszosc driverow w tym kolorowym kraju :-D Bardzo zabawne jest jechac w rikszy pasem "pod prad" modlac sie czy oby kierowca zdazy zjechac na swoj pas, czy w koncu w cos przywali. :-D Na skuterze tez tak jezdzilismy :-P
Dobranoc na dzis. Idziemy na academie Backgammona. Jak sie dowiem co to to napisze.
wtorek, 14 września 2010
Dalej dalej
Taki troche czas zeby sobie jeszcze raz wszystko poukladac.
Jak ja juz klalem na te Indie a w szczegolnosci na tych pojebanych Hindusow. Dzis za to sciskalem sie z nimi w autobusie, w swiatyni robilem sobie zdjecia z dziewczynami i caly dzien bylem dla nich mily. Nie wiem czy ten Rollercoster nie byl zbyt dla duzych dzieci. Bartki takie jak ja, ktore niechcialyby takich karuzel przezywac niech nie przyjezdzaja. Hinduski sa takim dziwnym narodem, ktory zrobi wszystko, zeby cie zirytowac, obedrzec z prywatnosci i uwydatnic twoj kolor skory. Sa irytujacy na maxa a wszystko to robia z taka uroczoscia. Nie wiedza jak "zle" w naszych standardach zachowuja sie i jak bardzo moze to nam przeszkadzac. Jednoczesnie sa tak kochani i tak usmiechnieci w tej swojej nieporadnosci. Cala droge z Jaisalmeru do Bikaneru przespalem na ramieniu 20 ilus letniego chlopaka i bylo naprawde cudownie bratersko a dzis za to wywalilem z reki wode strasznie natarczywemu chlopakowi w Atari. Robia mi z mozgu bajoro.
Przez ostatni tydzien duzo sobie cichutko myslalem. Powolutku z czerni i biely wylaniaja sie odcienie szarosci a ja coraz bardziej rozumiem jak poruszac sie po tym Kraju. Mysle ze miesiac nie wystarczy zeby zrozumiec Indie i chociaz dzis na glos mowie, ze nie wroce tu zbyt szybko, to jakos w glowie planuje przyszly rok wlasnie tutaj.
Jest brudno a za rogiem czysto. Strasznie glosno a potem spokojnie. Wszyscy gwizdza, naganiaja, prosza a wieczorem od ladnej hinduski slyszysz ze jestes klonek Leonardo di Caprio (lol). Wczoraj
Wiec Amritsar jest polecany goraco. Niesamowite miejsce, w ktorym wyladowalismy po podrozy z 2 francuskami i ich kretaczem kierowca. 500 rpi za poroz w prywatnym samochodzie z obiazdem po Udaipurze :-D Mega! Szegolnie po przeliczeniu tego na zlotowki i spostrzezenie ze za caly dzien jazdy zaplacilismy 33,3 zl :-D Dzis dostalem maila od dziewczyn ze Kierowca zupelnie oszalal podczas pordozy i zabieral je jedynie do drogich knajp, w ktorych pobieral "commision" za ich posilek tam. Wszystko tutaj sie opiera na komisji? Nie wiem jak w Polskim sie mowi ale "commision" to rodzaj podatku, przyslugi jaka wyswiadcza restauracja, hotel czy inne miejsce naganiaczowi za przyprowadzenie grubych portweli. Znajomi poznani w Jaisalmerze (tacy co to cale Indie na Motorze chca zjechac) opoiadali ze ich przyjaciel hindus zostal zapytany nawet w sklepie z osprzetem do motoru, ile chce za przyprowadzenie Bialaskow, zeby mogl przeliczyc koncowa cene. Tak wiec przemily kierowca, z ktorym mielismy okazje podrozowac, comisje chcial pobierac wszedzie, a kiedy zorientowal sie ze dziewczyny nie lubia drogich knajpek, zaczal podnosic cene za dzien jego uslug. Nie wiem jak to sie potoczylo dalej, ale tak wlasnie tu wszystko sobie pracuje :-D Ja nie wiem czy ten caly "commision" to dobrze czy nie dobrze. Ja sie na to denerwuje, ale oni wydaje sie ze sa z tego zadowoleni :-D
Amritsar, w ktorym aktualnie jestesmy jest absolutnie niesamowity. Jesli komus mialbym cos polecic, to przyjachenie wlasnie tu jako pierwsze miejsce w indiach. Nie jest tu tak turystycznie jak w Pushkarze a rownie spokojnie jak tam. Mozna sobie tu urzadzic okres przystosowawczy do indii, lezac na marmusze Golden tempel, byc goszczonym w przyswiatynnym dormitorium badz karmionym w jadlodalni (tez przyswiatynnej). Poznanawanie kultury Sikhow jest bardziej lekkostrawne od kultury ich braciakow kolegow Hinduskow. Sikhy to sa takie typki co mysla ze sa wojownikami i nosza takie zabawne turbany i sztylet-scyzoryk przy pasie. Nie polubili sie z Hinduskami ni z Muzulmanami, wiec wymyslili sobie ze beda Sikhami i sa naprawde fajowi :-D Zbudowali sobie Golden tempel coto ma na sobie 750kg zlota i sobie wokol niej dreptaja w swoich turbanach na glowie. Nie obcinaja przez cale zycie wlosow a potem wszystkie je skrzetnie chowaja pod turbanem a wszystko poto, ze jak kiedys kto by taki turban chcialby mieczem potraktowac, to zwotek wlosow hodowanych przez cale zycie i jeszcze tego calego turbanowego materialu mialby ich uchronic przed przejsciem na droga strone.
My sobie tez tak drepczemy, na zmiane mowiac WOOW... Ale zajebiscie! Zlata swiatynia jest naprawde niesamowita. Najbardziej imponujacy zabyt w Indiach jak dotad. Ale oprocz swiatynnych modlitewek i powaznego nastroju wszechpanujacej religii, w Amritsarze jest tez Shoping Mall! Nie moglem sie powstrzymac. W kraju, w ktorym wszystko jest inaczej chcialem zobaczyc co jest tak samo. Ale w Mc Donaldzie i tym razem nie podawali wolowiny wiec zadowolilem sie McRyba. Kupilysmy kindze 2 pary mega okularow z superwypasionymi, wszystkomogacymi szklami za laczna sume 5250Rpi! Co nba polskie daje 350 zl :-D Poszlismy tez do kina na Dabang i sie nie rozczarowalismy i tym razem. Sceny Akcji rozwalaja. Poziomem nie przekraczaja tych z "Wejscie smoka" a jakoscia obrazu, oswietlenia i efektow specjalnych dorownuja produkcja Hollywood. Niesamowite zjawisko. Nie mam pojecia czy oni ogladaja to z powaga, czy tak jak my poprostu nabijaja sie z kazdej jednej sceny, spojzenia, dialogu. Tam wydaje sie ze najpowazniejsze sceny sa krecone poto zeby madry widz smial sie najbardziej ale sam juz nie wiem. Bylo odjazdowo a fabulke i tym razem nie trudno bylo obczaic nawet bez znajomosci Hindi. Jeszcze shoping mal mial mi do zaoferowania naprawde niebywale djechane buty zimowe w cenie 120 zl ale niestety numeracja Hinduskow konczy sie na rozmiarze 44. A to troszke za malo. Butow nie bedzie.
Jutro dalej. Teraz Macklonge ? Czy jaos tak to sie nazywa? Obok Daramsalhi. Przenosimy sie zrowninkopustynek w przedHimalaje. Nie wiem czemu taki wybor, teraz tam leje i milo wcale nie jest, ale moze to dlatego ze Himalaje tak grubo brzmia. Jakby co Jade w himalaje, powiedzcie mojej Mamie.
Postaram sie pisac teraz czesciej. Mam wrazenie ze mam teraz cos do powiedzenia. Ostatni tydzien naprawde brakowalo mi slow, i znow nie wiem czy przez rozczarowania czy przez te przezycia ktore dlawia jezyk tam gdzies. Wiec dzis juz ze spokojem. Mam nadzieje, ze hinduski nie wytraca mi go za szybko. A Hinduski to dlatego, ze oni wydaja sie byc z wygladu starsi, a z rozmow mlodsi. Wyczucie wieku jest zupelnie nie mozliwe z wygladu a w rozmowie wydaje sie jakby zawsze rozmawiac z 10-15 latkiem. Kochane Hinduski.
Jak ja juz klalem na te Indie a w szczegolnosci na tych pojebanych Hindusow. Dzis za to sciskalem sie z nimi w autobusie, w swiatyni robilem sobie zdjecia z dziewczynami i caly dzien bylem dla nich mily. Nie wiem czy ten Rollercoster nie byl zbyt dla duzych dzieci. Bartki takie jak ja, ktore niechcialyby takich karuzel przezywac niech nie przyjezdzaja. Hinduski sa takim dziwnym narodem, ktory zrobi wszystko, zeby cie zirytowac, obedrzec z prywatnosci i uwydatnic twoj kolor skory. Sa irytujacy na maxa a wszystko to robia z taka uroczoscia. Nie wiedza jak "zle" w naszych standardach zachowuja sie i jak bardzo moze to nam przeszkadzac. Jednoczesnie sa tak kochani i tak usmiechnieci w tej swojej nieporadnosci. Cala droge z Jaisalmeru do Bikaneru przespalem na ramieniu 20 ilus letniego chlopaka i bylo naprawde cudownie bratersko a dzis za to wywalilem z reki wode strasznie natarczywemu chlopakowi w Atari. Robia mi z mozgu bajoro.
Przez ostatni tydzien duzo sobie cichutko myslalem. Powolutku z czerni i biely wylaniaja sie odcienie szarosci a ja coraz bardziej rozumiem jak poruszac sie po tym Kraju. Mysle ze miesiac nie wystarczy zeby zrozumiec Indie i chociaz dzis na glos mowie, ze nie wroce tu zbyt szybko, to jakos w glowie planuje przyszly rok wlasnie tutaj.
Jest brudno a za rogiem czysto. Strasznie glosno a potem spokojnie. Wszyscy gwizdza, naganiaja, prosza a wieczorem od ladnej hinduski slyszysz ze jestes klonek Leonardo di Caprio (lol). Wczoraj
Wiec Amritsar jest polecany goraco. Niesamowite miejsce, w ktorym wyladowalismy po podrozy z 2 francuskami i ich kretaczem kierowca. 500 rpi za poroz w prywatnym samochodzie z obiazdem po Udaipurze :-D Mega! Szegolnie po przeliczeniu tego na zlotowki i spostrzezenie ze za caly dzien jazdy zaplacilismy 33,3 zl :-D Dzis dostalem maila od dziewczyn ze Kierowca zupelnie oszalal podczas pordozy i zabieral je jedynie do drogich knajp, w ktorych pobieral "commision" za ich posilek tam. Wszystko tutaj sie opiera na komisji? Nie wiem jak w Polskim sie mowi ale "commision" to rodzaj podatku, przyslugi jaka wyswiadcza restauracja, hotel czy inne miejsce naganiaczowi za przyprowadzenie grubych portweli. Znajomi poznani w Jaisalmerze (tacy co to cale Indie na Motorze chca zjechac) opoiadali ze ich przyjaciel hindus zostal zapytany nawet w sklepie z osprzetem do motoru, ile chce za przyprowadzenie Bialaskow, zeby mogl przeliczyc koncowa cene. Tak wiec przemily kierowca, z ktorym mielismy okazje podrozowac, comisje chcial pobierac wszedzie, a kiedy zorientowal sie ze dziewczyny nie lubia drogich knajpek, zaczal podnosic cene za dzien jego uslug. Nie wiem jak to sie potoczylo dalej, ale tak wlasnie tu wszystko sobie pracuje :-D Ja nie wiem czy ten caly "commision" to dobrze czy nie dobrze. Ja sie na to denerwuje, ale oni wydaje sie ze sa z tego zadowoleni :-D
Amritsar, w ktorym aktualnie jestesmy jest absolutnie niesamowity. Jesli komus mialbym cos polecic, to przyjachenie wlasnie tu jako pierwsze miejsce w indiach. Nie jest tu tak turystycznie jak w Pushkarze a rownie spokojnie jak tam. Mozna sobie tu urzadzic okres przystosowawczy do indii, lezac na marmusze Golden tempel, byc goszczonym w przyswiatynnym dormitorium badz karmionym w jadlodalni (tez przyswiatynnej). Poznanawanie kultury Sikhow jest bardziej lekkostrawne od kultury ich braciakow kolegow Hinduskow. Sikhy to sa takie typki co mysla ze sa wojownikami i nosza takie zabawne turbany i sztylet-scyzoryk przy pasie. Nie polubili sie z Hinduskami ni z Muzulmanami, wiec wymyslili sobie ze beda Sikhami i sa naprawde fajowi :-D Zbudowali sobie Golden tempel coto ma na sobie 750kg zlota i sobie wokol niej dreptaja w swoich turbanach na glowie. Nie obcinaja przez cale zycie wlosow a potem wszystkie je skrzetnie chowaja pod turbanem a wszystko poto, ze jak kiedys kto by taki turban chcialby mieczem potraktowac, to zwotek wlosow hodowanych przez cale zycie i jeszcze tego calego turbanowego materialu mialby ich uchronic przed przejsciem na droga strone.
My sobie tez tak drepczemy, na zmiane mowiac WOOW... Ale zajebiscie! Zlata swiatynia jest naprawde niesamowita. Najbardziej imponujacy zabyt w Indiach jak dotad. Ale oprocz swiatynnych modlitewek i powaznego nastroju wszechpanujacej religii, w Amritsarze jest tez Shoping Mall! Nie moglem sie powstrzymac. W kraju, w ktorym wszystko jest inaczej chcialem zobaczyc co jest tak samo. Ale w Mc Donaldzie i tym razem nie podawali wolowiny wiec zadowolilem sie McRyba. Kupilysmy kindze 2 pary mega okularow z superwypasionymi, wszystkomogacymi szklami za laczna sume 5250Rpi! Co nba polskie daje 350 zl :-D Poszlismy tez do kina na Dabang i sie nie rozczarowalismy i tym razem. Sceny Akcji rozwalaja. Poziomem nie przekraczaja tych z "Wejscie smoka" a jakoscia obrazu, oswietlenia i efektow specjalnych dorownuja produkcja Hollywood. Niesamowite zjawisko. Nie mam pojecia czy oni ogladaja to z powaga, czy tak jak my poprostu nabijaja sie z kazdej jednej sceny, spojzenia, dialogu. Tam wydaje sie ze najpowazniejsze sceny sa krecone poto zeby madry widz smial sie najbardziej ale sam juz nie wiem. Bylo odjazdowo a fabulke i tym razem nie trudno bylo obczaic nawet bez znajomosci Hindi. Jeszcze shoping mal mial mi do zaoferowania naprawde niebywale djechane buty zimowe w cenie 120 zl ale niestety numeracja Hinduskow konczy sie na rozmiarze 44. A to troszke za malo. Butow nie bedzie.
Jutro dalej. Teraz Macklonge ? Czy jaos tak to sie nazywa? Obok Daramsalhi. Przenosimy sie zrowninkopustynek w przedHimalaje. Nie wiem czemu taki wybor, teraz tam leje i milo wcale nie jest, ale moze to dlatego ze Himalaje tak grubo brzmia. Jakby co Jade w himalaje, powiedzcie mojej Mamie.
Postaram sie pisac teraz czesciej. Mam wrazenie ze mam teraz cos do powiedzenia. Ostatni tydzien naprawde brakowalo mi slow, i znow nie wiem czy przez rozczarowania czy przez te przezycia ktore dlawia jezyk tam gdzies. Wiec dzis juz ze spokojem. Mam nadzieje, ze hinduski nie wytraca mi go za szybko. A Hinduski to dlatego, ze oni wydaja sie byc z wygladu starsi, a z rozmow mlodsi. Wyczucie wieku jest zupelnie nie mozliwe z wygladu a w rozmowie wydaje sie jakby zawsze rozmawiac z 10-15 latkiem. Kochane Hinduski.
poniedziałek, 6 września 2010
Jakis tam kolejny Dzien
Przebukowalem Bilet i wracam wczesniej. W glowie kolacze ze oddalem Nosorozce za Szkole, ale chyba nie da rady inaczej. Czy napewno dobrze zrobilem? Nie chcialbym sobie wakacji mieszac z wiezieniem i nie chcialbym myslec 1.10 o tym jak w mojej nowej szkole wszystko gotuje sie od nowych przezyc a ja siedze tutaj i wypoczywam. Bezsenosci trzeba bylo polozyc kres no i w koncu zmienilem lot na 27.09. Kinga nie chce ze mna jechac spowrotem i szanuje to. Inne marzenia i priorytety ale bede o nia sie martwil. Na szczescie rozstajemy sie tuz przed Nepalem a tam wydaje sie, ze bedzie jej latwiej i mniej napastliwie.
Udaipur Udaipur. Najlepsze co do tej pory nas spotkalo. Urodziny Kriszny (co za wies :-P), festiwal z przebierancami, podrygiwaczami, udawaczami break dance, 7letnimi dziewczynkami tanczacymi jakies religijne tance i poprostu Festyn jakich malo. Krzyki oklaski gwizdy, typowe dla Hinduskow. Kocham ich za to jak potrafia sie bawic w swoim brudku i syfiku z usmiechami nie do zapomnienia :-P Potem narkotyzujace Bhang Lassi, ktore z recenzji mialo nas wprowadzic w stan "little dizzy"a okazalo sie ze bylo tak wypchane trawa ze przez 2 dni gibalismy sie i fazowalismy, opowiadajac sobie kosmiczne rzeczy i niemogac naprawde myslec o niczym "normalnym". Niezapomniane i Niepolecane :-P Moze troszke :-P
Dzis wycieczka dookola Udaipuru na Skuterze, Bylo niesamowicie do malego wypadku... Drogi sa tutaj zapchane pojazdami jezdzacymi jak wariaci i chyba mi sie udzielilo :-P Wpadlismy w poslizg na zuzlu probujac zachamowac przed jakims idiota i wpadlismy w bloto. Wiecej stresu niz strat, bo ja mam 2 zadrapanka na dloni a kinga na kolanie ale zawsze niesmaczek na koncu njezyczka, mozna bylo tego uniknac i miec perfekcyjny dzien. Nigdy nie jest tak Idealnie jak trzeba.
Jeszcze moze o Indiach. To tak dziwny dziwny dziwny kraj.
Dawno nie bylo rad wiec rada No12 to zanim wyslesz paczke do Polski z Indii, zorientuj sie ile bedzie kosztowac. Moze sie okazac ze kosztuje np polowe tego co w jej wnetrzu jak to dzis udalo nam sie zrobic :-D Nie ma sie co martwic bo w domku bedziemy miec 12.43 kg Hinduskich ubranek a w sumie bylo najtaniej na ziemi :-P
Jakby ktos kiedys jechal do Indii, niech nie wazy sie ominac Udaipuru, Mozna to potraktowac jako rada No13. KRECILI TU JAMES BOND:OCTOPUSSY!!! No i w kazdym jednym hotelu, restauracji, o 19:00 puszczaja codziennie pana Bonda :-D My tez sie zalapalismy i faktycznie widzielismy niektore zeczy z Filmu :-D Oczywiscie w rzeczywistosci Krokodyle nie plywaja tak blisko malp i tygrysow tu w Indiach (:-D) ale z przymrozeniem oka zgadzalo sie kilka rzeczy.
Ciesze sie ze tu jestem najbardziej. Polecam kazdemu kto ma ochote sobie spojzec w oczy :-P Tutaj najlepiej sie mysli o sobie. Ale kiepsko sie spi. Wiec jak kto lubi.
Udaipur Udaipur. Najlepsze co do tej pory nas spotkalo. Urodziny Kriszny (co za wies :-P), festiwal z przebierancami, podrygiwaczami, udawaczami break dance, 7letnimi dziewczynkami tanczacymi jakies religijne tance i poprostu Festyn jakich malo. Krzyki oklaski gwizdy, typowe dla Hinduskow. Kocham ich za to jak potrafia sie bawic w swoim brudku i syfiku z usmiechami nie do zapomnienia :-P Potem narkotyzujace Bhang Lassi, ktore z recenzji mialo nas wprowadzic w stan "little dizzy"a okazalo sie ze bylo tak wypchane trawa ze przez 2 dni gibalismy sie i fazowalismy, opowiadajac sobie kosmiczne rzeczy i niemogac naprawde myslec o niczym "normalnym". Niezapomniane i Niepolecane :-P Moze troszke :-P
Dzis wycieczka dookola Udaipuru na Skuterze, Bylo niesamowicie do malego wypadku... Drogi sa tutaj zapchane pojazdami jezdzacymi jak wariaci i chyba mi sie udzielilo :-P Wpadlismy w poslizg na zuzlu probujac zachamowac przed jakims idiota i wpadlismy w bloto. Wiecej stresu niz strat, bo ja mam 2 zadrapanka na dloni a kinga na kolanie ale zawsze niesmaczek na koncu njezyczka, mozna bylo tego uniknac i miec perfekcyjny dzien. Nigdy nie jest tak Idealnie jak trzeba.
Jeszcze moze o Indiach. To tak dziwny dziwny dziwny kraj.
Dawno nie bylo rad wiec rada No12 to zanim wyslesz paczke do Polski z Indii, zorientuj sie ile bedzie kosztowac. Moze sie okazac ze kosztuje np polowe tego co w jej wnetrzu jak to dzis udalo nam sie zrobic :-D Nie ma sie co martwic bo w domku bedziemy miec 12.43 kg Hinduskich ubranek a w sumie bylo najtaniej na ziemi :-P
Jakby ktos kiedys jechal do Indii, niech nie wazy sie ominac Udaipuru, Mozna to potraktowac jako rada No13. KRECILI TU JAMES BOND:OCTOPUSSY!!! No i w kazdym jednym hotelu, restauracji, o 19:00 puszczaja codziennie pana Bonda :-D My tez sie zalapalismy i faktycznie widzielismy niektore zeczy z Filmu :-D Oczywiscie w rzeczywistosci Krokodyle nie plywaja tak blisko malp i tygrysow tu w Indiach (:-D) ale z przymrozeniem oka zgadzalo sie kilka rzeczy.
Ciesze sie ze tu jestem najbardziej. Polecam kazdemu kto ma ochote sobie spojzec w oczy :-P Tutaj najlepiej sie mysli o sobie. Ale kiepsko sie spi. Wiec jak kto lubi.
sobota, 28 sierpnia 2010
Dzien 23
Zaczal sie bardzo powoli. Dlugie przeciaganie w czystym lozku. Wspomnienie wczorajszego posilku tez obecne. Wstawanie troche bolesne.
Jako ze jeszcze jeden przed nami dzien tu w Pushkaze, to jakos nie bedziemy dzis szalec. Dzien chillu i choroby Kinki. Dzis to ona ma problem z brzuniem i dlatemu po krotkim obejsciu miasta wracamy do hotelu i ogladamy filmy na czyms w rodzaju HBO. I kolejno jest to: Danny the dog (omg) Commando (omg) i Twilight.
Nie ma nic za duzo do opowiadania, wiec powiem ze zyje a zza dzwi Cybercafe slysze niepokojace dzwieki fatalnej ulewy. Znow zapodaje sobie do sluhawek troche Warszawki :-D
Znow nachodza mysli o potrzebie tu bycia:-D Doszedl do mnie dzis mail od moih przyjaciol coby zaczac jakies dzialania w Warszawie i to tak na serio a jestem tu i moge im pomoc jedynie mailowo. Chcialbym moc byc z nimi a wiem ze jutro czeka mnie skuterowa przejazdzka po gorskich swiatyniach w okolicy. Rozdwojenie jazni, ktorego nie da sie zatamowac. A sny mam tylko o Warszawie. Jak zamykam oczy to nie jestem juz w Idiach.
Nie mam chyba za duzo dzis do pisania, bo jakos mi to ociazale idzie. Wolny dzien wolne mysli. Nie bede wiec tu wypluwal sie wiecej.
Buziaki dla Bratosiostrakow, ktorzy czytaja :-*
Jako ze jeszcze jeden przed nami dzien tu w Pushkaze, to jakos nie bedziemy dzis szalec. Dzien chillu i choroby Kinki. Dzis to ona ma problem z brzuniem i dlatemu po krotkim obejsciu miasta wracamy do hotelu i ogladamy filmy na czyms w rodzaju HBO. I kolejno jest to: Danny the dog (omg) Commando (omg) i Twilight.
Nie ma nic za duzo do opowiadania, wiec powiem ze zyje a zza dzwi Cybercafe slysze niepokojace dzwieki fatalnej ulewy. Znow zapodaje sobie do sluhawek troche Warszawki :-D
Znow nachodza mysli o potrzebie tu bycia:-D Doszedl do mnie dzis mail od moih przyjaciol coby zaczac jakies dzialania w Warszawie i to tak na serio a jestem tu i moge im pomoc jedynie mailowo. Chcialbym moc byc z nimi a wiem ze jutro czeka mnie skuterowa przejazdzka po gorskich swiatyniach w okolicy. Rozdwojenie jazni, ktorego nie da sie zatamowac. A sny mam tylko o Warszawie. Jak zamykam oczy to nie jestem juz w Idiach.
Nie mam chyba za duzo dzis do pisania, bo jakos mi to ociazale idzie. Wolny dzien wolne mysli. Nie bede wiec tu wypluwal sie wiecej.
Buziaki dla Bratosiostrakow, ktorzy czytaja :-*
Dzien 22
Dzien 22, dzien wspinaczki gorskiej picia niesamowitej herbaty i zakupow. Umagizcniania i zapominania o wszelkich podroznych smutkach czy chorobskach. Dzien akuratnej pogody, dobrego wydawania pieniedzy, wielu usmiechow i napawania sie Indiami. Dzien w ktorym KingoBartki rekonstuluja swoj usmiech na powrot. W ktorym zwiedzamy swiatynie i ogladamy malpy. Ten, w ktorym robie zdjecie psow a dachu najwyzej polozonego budynku w okolicy, swiatyni zony stwozyciela swiata Bramy :-D Zjadania wielkich ilosci ostrego Indyjskiego zarla i niemyslenia o jutrzejszym brzuchobulu. W koncu nastrajamy sie tak jak trzeba, staramy sie. Smiac mi sie chce.
Chyba nie bedzie wiecej zanudzania :-D
Bardzo juz dobrze bardzo.
Teraz czas na wystudzanie i zamykanie oczu.
Musze powiedziec ze im sie jest wyzej, tym wiecej widac. Czy nic sie nie kojazy ? :-)
Chyba nie bedzie wiecej zanudzania :-D
Bardzo juz dobrze bardzo.
Teraz czas na wystudzanie i zamykanie oczu.
Musze powiedziec ze im sie jest wyzej, tym wiecej widac. Czy nic sie nie kojazy ? :-)
piątek, 27 sierpnia 2010
Fofoto
Dzien 21
Poza tym ze pogubilem sie z numeracja dni chyba wszystko gra :-D Ten co 19 to 20 byc powinien.
El Paradis Pushkar, wyswietla mi sie z zapisanych na blogspocie podpowiedzi co do tytulu mojego posta. To chyba wymowne :-D Jesyt tu tak dobrze i spokojnie. Naprawde przeniesienie sie z miasta piecio milionowego do piecdziesiecio tysiecznego jest naprawde duza ulga. Mozemy chwile sie zatrzymac i przyzwyczaic, zrozumiec Hindusow a w dalszej podrozy usunac gorycz i "wyluzowac" :-D Kilka dni tutaj w gorach, z wspinaczka, jazda na motorze, w niesamowitym hoteliku za 10zl za noc powinny zrobic swoje :-D
Wyjezdzamy z Jaipuru po nocy z ostatniego posta. Troche przygnebieni i przestraszeni tym co moze nas spotkac przez nieuwage. Spiacy, przezywamy spotkanie z Karalonem, to juz drogi, ktorego pracownik hotelu poprostu rozdeptuje, bez nawet mrugniecia okiem, totalnie zaspany nie wiedzacy o co nam chodzi:-D
Wyruszamy na podboj Ajmeru i swiatyni Dargah. Dochodzimy do dworca autobusowego, chwila rozeznania, przekopania sie przez wszystich prywaciarzy. I w najbardziej nieoczekiwanym momecie spotykamy naszego przemilego boya hotelowego, biegajacego z lewej na prawa. Nie wiedzac o co chodzi podchodzimy do niego a w jego oczach dostrzegam tryjumf. Podaje mi do reki moja tajna skrytke na noge. Ta, w ktorej trzymam wszystkie najwazniejsze rzeczy, 150 dolkow, wszystkie rupie, karte kredytowa, paszpotr, ubezpieczeie i kluczyk do kludki od plecaka...
Nie wiem co o tym myslec ale chyba cos sie ze mna dzieje. Zawsze rozkojarzenie i nieogarniecie nalezaly do Kingi. To byla moja rola twardo stac i o niczym nie zapominac a tu taki blad. Bylismy naprawde blisko odjechania naszym autobusem...
Po chwili zlamania sie soba, podziekowaniu naszemu boyowi i wlascicielowi, ktory tez przyjechal na stacje oddac nam moja zgube, ide ogarniac sie i szukac autobusu. Znajdujemy wlasciwy, chwila na zbadanie"odpowiedniej" ceny i juz siedzimy w autobusie rzadowym za 6zl od lba. Jest ekstra, nie za duzo ludzi, mamy 3 miejsca dla nas. Kinge klade na kolanie, siebie na plecaku i odsypiamy wczesna pobodke.
Ajmer po 3h. Jest jak wszedzie, zrujnowane domki, tysiace straganikow wszelkiej masci i tyle samo rikszazy pytajacy o twoja destynacje. Bierzemy takiego i za 2 zl podjezdzamy 4 km do swiatyni Dargah. Troche slabo sie czuje, cos jakby nawrot chorobska. Nie chce sie poddawac ale po spotkaniu sie ze sciana kalek i zebrakow na glownej ulicy Ajmeru zaczynam sie poddawac mojej dolegliwosci(lol) i humor mi spada. Nigdzie do tej pory w Indiach nie widzielismy skupiska tylu ludzi proszacych o kase na metr kwadratowy. To jest cos niesamowitego co oni tu wymyslili.
Przebijamy sie przez ten tlumek do naszego zabytu i koleny zonk. Musimy oddac do przechowalni nasze aparaty i caly dobytek oprocz tego co mamy w malym plecaczku... Nie wiem o co chodzi, ale widocznie muzulmanie maja inne zasady niz hindusi. Tak wiec idziemy do podejzanego miejsca z tylu swiatyni oddajemy, i lzejsi o 10kg, ciezsi o 10kg zmartwienia idziemy do zabytu.
Bardzo ladnie tu. Naprawde ladnie:-D Podoba mi sie grupka muzykow? Nie wiem jak ich nazwac. Koles z bebenkiem, koles z mini pianinkiem na powietrze i 4 krzykaczy :-D Podoba mi sie sposob prowadzenia przez nich modlitwy(sic) ? Krzycza, i pokazuja palcem w strone glownego oltaza, jakby wypominali bogu co zrobil brzydkiego. Podoba mi sie ze mozna krzyczec na boga u nich. No bo co! Wymyslil ze moze bolec, ze moze byc zle, to niech wie! :-D
Slonce wali w banke i naprawde osowam sie na ziemie. Kreciolki w glowce i troche miekkosci w nozkach. Wydaje sie, ze musze sie z tym pozmagac jeszcze troszke. Troche ogladam, troche sie denrwuje. Troche chcialbym wyluzowac ale swiatynia jest kiepskim do tego miejscem. Ogladam zaraz obok pieknej architektury, ktora profesjonalnie nazwe Azjatycka, skrzynki z napisem "Donate" co 10 krokow. Ajmer nie zachwyca. Mnie skutecznie odstrasza. Jest to najbardziej chciwe do tej pory miejsce w ktorym bylismy (jesli mozna o miejscu powiedziec chciwe). Tak wiec szybciutko nogi za pas, jak to sie mowi(lol) i zawijamy sie na dworzec, nie zwiedzajac kolejnych "hot pointsow" z naszej Bibli-Lonely planet :-D Nie ma na to sily nastroju.
Wiec kolejny Buss, Tym razem krociutki. 30 min do Pushkaru, malej w porownaniu z dotychczasowymi, miesciny polozonej w dolinie na wysokosci 500metrow otoczonej 1200 metrowymi gorami. Jest naprawde malowniczo jechac serpentynami wsrod mega skalistych gorek. Ajmer z tej odleglosci wyglada naprawde przyzwoicie :-D Busik juz nie tak pusty, troche sie tloczymy z hindusami, akurat przypadkiem patrzacymi sie na nas:-D hehe. Siedza sobie na kolankach (oczywiscie mezczyzni) miedzy nogami, leza na sobie, opieraja sie. Wyglada to jak jeden wielki Gejoland podziurawiony miejscami "nietykalnych" Hindusek. Tak juz tu jest. Pan z pania sie nie zetknie wiec siusiaki baraszkuja.
Dojezdzajac dopada nas ulewa, przez co rozumiem totalne zarwanie sie chmury. Niesamowity widok :-D Autobus zatrzymuje sie, otwieraja sie dzwi, i uwaga uwaga! Kolejnosc inna niz ta ktora znamy. Ta dotejpory obowiazujaca, najpierw wychodzacy potem wchodzacy, tutaj zostala zmodyfikowana na zasade, najpierw przez okna a potem przez dzwi, a wychodzacy cos tam ze soba zrobia, naprewno. Wiec przez chwile troche naciskamy, troche sie poruszamy, nieznacznie. Naprawde przez chwile myslalem ze zostanwe w tym autobusie. Dopiero jak werbalnie, jezykiem language, zaatakowalem Hindusow, ci jakby otrzezwieli. Jakby zauwazyli na chwile ze ten nielad i balagan nie prowadzi do dobrego i wypuscili nas, bialaskow, po czym wyszli z hipnotycznego snu i powrocili do swoich zasad Jungli. Zabawne :-D
Jako ze deszcz, idziemy tam gdzie najblizej z autobusu. Salon Golibrodo-Fryzjero-masarzystow. 4rech niesamowicie wypielegnowanych kolesi, oczywiscie obejmujacycyh sie po hinduskiemu, prowadzacych zaklad niesamowicie entuzjastycznie przyjmuja nas pod swoj dach, coby sie przed deszczem nieco uchronic. Jest supermilo. Oni sie patrza na nas, my na nich :-D. Oboje jestesmy troche zdziwieni soba, oni bialoscia naszej skory a my ich Gejiowatoscia, ktorej oni nie zauwazaja. Co chwile jeden z drogim przeglada sie w lustrze, poprawia kosmyk, koszule. Troche olejku, troche gelu :-D Jest uroczo. Kinga wyjmuje aparat, zaczyna sie show ! Przezenie na fotelu i miny. Klijent, naprawde jestem zaczarowany ich umiejetnosciami. Tak nieoszczedine w ruchach takz amaszyscie i teatralnie. Woow :-D
Po 30 minutach, najbardziej przebojowy, z uroczym, przeponowym glosem, prosi mnie na Fotel. Nie mam kasy spominam, om mowi ze gratis, bo a jakze Eurokolesia nie ugoscic. Winszuje podstep ale nie moge sie oprzec urokowi i siadam. Co dla mnie przygotowal. Moja usluge wypowiada tak jakby mial mi zgotowac orgazm, a bedzie to "head Masssssaggggge" Tak wlasnie :-D. Dobra. Ide na to. Jest naprawde niezly. Co jakis czas pyta "Good? Like it?" Czuje sie troche jak w jakims tanim filmie wiadomego przeznaczenia ale nie odwazam sie powiedziec nic co mialoby skrocic czas mojego masazu. Jest swietny wiec poco konczyc cos co jest tak przyjemne :-P Najbardziej Gejowo poczulem sie po pytaniu " Du u like my Full power ??" To tyle z salonu bo przestaje padac. Fota na pozegnanie i pa.
500 metrow dalej, spotykamy naganiacza hotelowego i jak poprzednio idziemy z nim po poinformowaniu go ze jestesmy studentami a to znaczy dokladnie to, ze zchodzimy z 300 rpi na 150 (z 20 zl na 10) za noc a Hotel naprawde wart jest wiecej. Jest czusciutenko, z kuchnia i basenem. Pokoj do przesiadywania pieknie uzadzony. Wszedzie swietne dekoracje, a obsluga to przemily Hindus EJ i jego australijska dziewczyna. Jest niesamowicie. Poznajemy Kilku gosci, pare Agoli w wieku przed 60 podrozujacych juz tu od 3 miesiecy, Szwajcara, ktory od roku jezdzi po Azji, teraz kupil motor i planuje jeszcze troche potravelowac. Mowi ze budzet wykazuje ze conajmniej jeszcze 1,5 roku ale jesli przycisnie pasa moze i dluzej, albo i krocej jak juz zdecyduje ze dosc zobaczyl. Jeszcze fotografka z GB i tyle. Dlugo rozmawiamy, o podrozach, nszych probemach. Mini Europa w srodku tego przedziwnego miejsca.
Pokoj nadaje sie :-D Lepiej niz w poprzednim hotelu i mniejsze tez karaluchy (jak sie okazalo). Rozgaszczamy sie i na Miasto. Jest super!!! Narawde odpoczywam. Zupelnie inaczej niz w Ajmer, Jaipurze. Nie pozbywamy sie oczywiscie Hinduskich zwyczajow, ale sa one mniej denerwujace, mniej natezone. Bedziemy mogli tu troche przygotowac sie do dalszego explorowania. Troche zrozumiec na miejscu, sprobowac poczuc siebie w Indiach, jak chodzic po ulicach i jak sie patrzec, zeby znow nie przezywac niepotrzebnych rozczarowan. Ciesze sie szczeze ze tu jestem.
Obchodzimy miasto, Love! Restauracja z przeostrym przepysznym. Do swiatyni znow nas nie wpuszczaja z aparatem(tym razem Hindyuskiej) i dla kingi to juz za duzo. Nie wytrzymuje napiecia i wracamy w strone Hotelu. Po drodze wyzywamy sie na bebnach milego Hindusa w przyjeziornej swiatynce. Oczyszczenie. Npierdalam przez chwile, emocje spadaja, zegnamy sie i jestesmy Nowi :-D
Jak to dobrze czasem w cos pierdolnac.
Po Powrocie do Hotelu gadamy z Australijka o jej historii. Mieszka w Indiach juz od 2 lat, z EJ-em i mowi ze jest jej tu dobrze. Opowiada jak pierwszy raz przyjechala do Indii, przez 2 pierwsze tygodnie plakala. Mowi nam jak sie zachowywac, ze mozemy przeciez zamknac sie w bance tylko we dwoje i przezywac tylko to co chcemy. Nie musimy odpowiadac na kazde "Hello!" i zagainianie do kolejnych kramikow. Mozemy przezywac Indie tak jak chcemy i rozmawiac tylko z tymi osobami ktore uwazamy za warte wylapania z tlumu. Opowiada jak ona strasznie nienawidzila tu byc przy pierwszej wizycie, a po powrocie do Australi tak tesknila, ze w nastepne wakacje znow przyjechala tylko na dluzej. Mowi, ze jest ciezko i kazdy to wie kto tu byl, tylko od nas zalezy czy Bedziemy caly ten syf i wszystkie opowiesci przydroznych i uszkodzonych ludzi brac na swoja glowe, czy bedziemy sobie spokonie przemykac obok i napawac sie tym co tu wazne. Dziekuje jej za to. To co zrozumialem moje a jutro juz bede z glowa wyzej.
To tyle wtedy. Swietnie sie skonczylo. Potem jeszcze spotykamy Karalona (mialo ich tu nie byc) mniejszego od tego rozdeptanego o polowe ale zawse :-D Kinga biegnie po pomoc i jeden z pracownikow hotelu lapie go w reke i poprostu z nim wychodzi... Nie wierze. Moze i ja tak swardnieje za jakies 3 tygodnie.
Opowiesci o swietych krowach to prawda. NAPRAWDE!! Leza tu i tam, na ulicy, na sciezynce. Ludzie ich nie zauwazaja a jest ich naprawde calkiem sporo. Strasznie to zabawne, szczegolnie w konfrontacji z naszym powiedzeniem "swieta krowa". Jestem zaskoczony. W rajasthanie wycofali nawet z obiegu plastikowe torby bo krowy, ktore je polykaly w bolach umieraly a przecie to krowy swiete.
Kinga uzyla sformulowania "to zwierzeta" w trakcie naszego spadku nastroju widzac wypruzniajacego sie w kuckach hindusa doslownie 2m od nas. Nie wiem jak sie do tego odniesc. Mysle w glowie "wsrod malp i malpiszonow". Troche mi przykro ze czasem cisnie sie do glowy nazwanie ich jakos gorzej, zwierzeco. Nie chce tego. Ich kultura jest tak inna i tak strasznie niecywilizowana chwilami. Majac w reku komowke warta 2000zl i tak jedza rekami wczesniej ich nie myjac ect. Powoli zaczynam widziec jak to wszystko dziala, powoli.
I chociaz ani jednego komara do tej pory nie widzialem, z pewnoscia moge nazwac polskie komary opaslymi i zaspanymi ciotami. Co 10 minut niewidzialne skurczybyki przypominaja mi o malarii. Calutenki pogryziony, przez te zwinne i szybkie skurczybyki. Naprawde niewyczuwalne, nieslyszalne. Niesamowite jest jak szybko zalatwiaja swoja potrzebe :-D
Z mysli jeszcze jedno. Po akcji z Jaipuru, teraz juz wyluzowany, widze jedno. Ja z przystawionym
pistoletem do glowy przez BOSEGO hindusa. hehe Cala ta akcja wydazyla sie boso, bez blyszczacych mokasynow, czy wyglancowanych laczkow. Nie mogli w nas strzelic bo krew obryzgalaby im skarpetki, dlatego nie powinnismybyli sie tak denerwowac. Wszystko bylo od razu wiadome. Jak bosy czlowiek moglbybyc zbirem ?? :-D Smiech przez lezke. I tak bylo.
Mam wrazenie ze w podstawowce wszyscy mieli tu przedniot "Jak bezbolesnie ojebac bialasa". Kazdy z nich ma wrodzone podawanie 2x wyzszej ceny i to najmniej. Kazdy myli sie w podawaniu ceny, nawet tej napisanej na rozkladzie autobusowym. W kazdej restauracji maja co najmniej 3 menu, z kilkoma cenami. Jest to zabawne do czasu, a potem meczace, a potem normalne. Mysle ze w Polsce nikt naprawde nie ma szans oszukac bialego po treningu w Indiach :-D A najlepsi scumerzy powinni uczyc sie sztuki od Hindusow :-D Ciekawi mnie tez poco pytaja o imie, jak po 2 minutach zapominaja? A poco o kraj jak Poland Blisko Holand lezy? i Czy to w Europie wogole ? Te pytania padaja z ust kazdego! hehe :-D to troche zabawne. Zacieta plyta. Kazdy chce sie troche spotkac z Europejska kultura, a jedynym sposobem jest zagadac.
I jeszcze migawka z przejazdem. "Purity is our prority" z jednego zabrudzonego do maximum. Ale czy oby nie bylo to "Povery is our priority"?? Teraz juz nie wiem bo bylem zaspany.
Teraz pisze, sluchajac sobie radia Last Fm z moimi piosenkami. Jestem na chwile w domu po 20 dniach bez normalnej muzyki. Na chwilke czuje sie jakbym przetransportowal sie 7,5 tydsiaca km, do mojego pokoju. Jest Milo ale wiem ze jeszcze nie chce wracac. Taka pigulka domku tutaj na chwile, dla pokrzepienia serc, a teraz dalej na poznawanie Indii i tego tam...
Rad dzis brak.
El Paradis Pushkar, wyswietla mi sie z zapisanych na blogspocie podpowiedzi co do tytulu mojego posta. To chyba wymowne :-D Jesyt tu tak dobrze i spokojnie. Naprawde przeniesienie sie z miasta piecio milionowego do piecdziesiecio tysiecznego jest naprawde duza ulga. Mozemy chwile sie zatrzymac i przyzwyczaic, zrozumiec Hindusow a w dalszej podrozy usunac gorycz i "wyluzowac" :-D Kilka dni tutaj w gorach, z wspinaczka, jazda na motorze, w niesamowitym hoteliku za 10zl za noc powinny zrobic swoje :-D
Wyjezdzamy z Jaipuru po nocy z ostatniego posta. Troche przygnebieni i przestraszeni tym co moze nas spotkac przez nieuwage. Spiacy, przezywamy spotkanie z Karalonem, to juz drogi, ktorego pracownik hotelu poprostu rozdeptuje, bez nawet mrugniecia okiem, totalnie zaspany nie wiedzacy o co nam chodzi:-D
Wyruszamy na podboj Ajmeru i swiatyni Dargah. Dochodzimy do dworca autobusowego, chwila rozeznania, przekopania sie przez wszystich prywaciarzy. I w najbardziej nieoczekiwanym momecie spotykamy naszego przemilego boya hotelowego, biegajacego z lewej na prawa. Nie wiedzac o co chodzi podchodzimy do niego a w jego oczach dostrzegam tryjumf. Podaje mi do reki moja tajna skrytke na noge. Ta, w ktorej trzymam wszystkie najwazniejsze rzeczy, 150 dolkow, wszystkie rupie, karte kredytowa, paszpotr, ubezpieczeie i kluczyk do kludki od plecaka...
Nie wiem co o tym myslec ale chyba cos sie ze mna dzieje. Zawsze rozkojarzenie i nieogarniecie nalezaly do Kingi. To byla moja rola twardo stac i o niczym nie zapominac a tu taki blad. Bylismy naprawde blisko odjechania naszym autobusem...
Po chwili zlamania sie soba, podziekowaniu naszemu boyowi i wlascicielowi, ktory tez przyjechal na stacje oddac nam moja zgube, ide ogarniac sie i szukac autobusu. Znajdujemy wlasciwy, chwila na zbadanie"odpowiedniej" ceny i juz siedzimy w autobusie rzadowym za 6zl od lba. Jest ekstra, nie za duzo ludzi, mamy 3 miejsca dla nas. Kinge klade na kolanie, siebie na plecaku i odsypiamy wczesna pobodke.
Ajmer po 3h. Jest jak wszedzie, zrujnowane domki, tysiace straganikow wszelkiej masci i tyle samo rikszazy pytajacy o twoja destynacje. Bierzemy takiego i za 2 zl podjezdzamy 4 km do swiatyni Dargah. Troche slabo sie czuje, cos jakby nawrot chorobska. Nie chce sie poddawac ale po spotkaniu sie ze sciana kalek i zebrakow na glownej ulicy Ajmeru zaczynam sie poddawac mojej dolegliwosci(lol) i humor mi spada. Nigdzie do tej pory w Indiach nie widzielismy skupiska tylu ludzi proszacych o kase na metr kwadratowy. To jest cos niesamowitego co oni tu wymyslili.
Przebijamy sie przez ten tlumek do naszego zabytu i koleny zonk. Musimy oddac do przechowalni nasze aparaty i caly dobytek oprocz tego co mamy w malym plecaczku... Nie wiem o co chodzi, ale widocznie muzulmanie maja inne zasady niz hindusi. Tak wiec idziemy do podejzanego miejsca z tylu swiatyni oddajemy, i lzejsi o 10kg, ciezsi o 10kg zmartwienia idziemy do zabytu.
Bardzo ladnie tu. Naprawde ladnie:-D Podoba mi sie grupka muzykow? Nie wiem jak ich nazwac. Koles z bebenkiem, koles z mini pianinkiem na powietrze i 4 krzykaczy :-D Podoba mi sie sposob prowadzenia przez nich modlitwy(sic) ? Krzycza, i pokazuja palcem w strone glownego oltaza, jakby wypominali bogu co zrobil brzydkiego. Podoba mi sie ze mozna krzyczec na boga u nich. No bo co! Wymyslil ze moze bolec, ze moze byc zle, to niech wie! :-D
Slonce wali w banke i naprawde osowam sie na ziemie. Kreciolki w glowce i troche miekkosci w nozkach. Wydaje sie, ze musze sie z tym pozmagac jeszcze troszke. Troche ogladam, troche sie denrwuje. Troche chcialbym wyluzowac ale swiatynia jest kiepskim do tego miejscem. Ogladam zaraz obok pieknej architektury, ktora profesjonalnie nazwe Azjatycka, skrzynki z napisem "Donate" co 10 krokow. Ajmer nie zachwyca. Mnie skutecznie odstrasza. Jest to najbardziej chciwe do tej pory miejsce w ktorym bylismy (jesli mozna o miejscu powiedziec chciwe). Tak wiec szybciutko nogi za pas, jak to sie mowi(lol) i zawijamy sie na dworzec, nie zwiedzajac kolejnych "hot pointsow" z naszej Bibli-Lonely planet :-D Nie ma na to sily nastroju.
Wiec kolejny Buss, Tym razem krociutki. 30 min do Pushkaru, malej w porownaniu z dotychczasowymi, miesciny polozonej w dolinie na wysokosci 500metrow otoczonej 1200 metrowymi gorami. Jest naprawde malowniczo jechac serpentynami wsrod mega skalistych gorek. Ajmer z tej odleglosci wyglada naprawde przyzwoicie :-D Busik juz nie tak pusty, troche sie tloczymy z hindusami, akurat przypadkiem patrzacymi sie na nas:-D hehe. Siedza sobie na kolankach (oczywiscie mezczyzni) miedzy nogami, leza na sobie, opieraja sie. Wyglada to jak jeden wielki Gejoland podziurawiony miejscami "nietykalnych" Hindusek. Tak juz tu jest. Pan z pania sie nie zetknie wiec siusiaki baraszkuja.
Dojezdzajac dopada nas ulewa, przez co rozumiem totalne zarwanie sie chmury. Niesamowity widok :-D Autobus zatrzymuje sie, otwieraja sie dzwi, i uwaga uwaga! Kolejnosc inna niz ta ktora znamy. Ta dotejpory obowiazujaca, najpierw wychodzacy potem wchodzacy, tutaj zostala zmodyfikowana na zasade, najpierw przez okna a potem przez dzwi, a wychodzacy cos tam ze soba zrobia, naprewno. Wiec przez chwile troche naciskamy, troche sie poruszamy, nieznacznie. Naprawde przez chwile myslalem ze zostanwe w tym autobusie. Dopiero jak werbalnie, jezykiem language, zaatakowalem Hindusow, ci jakby otrzezwieli. Jakby zauwazyli na chwile ze ten nielad i balagan nie prowadzi do dobrego i wypuscili nas, bialaskow, po czym wyszli z hipnotycznego snu i powrocili do swoich zasad Jungli. Zabawne :-D
Jako ze deszcz, idziemy tam gdzie najblizej z autobusu. Salon Golibrodo-Fryzjero-masarzystow. 4rech niesamowicie wypielegnowanych kolesi, oczywiscie obejmujacycyh sie po hinduskiemu, prowadzacych zaklad niesamowicie entuzjastycznie przyjmuja nas pod swoj dach, coby sie przed deszczem nieco uchronic. Jest supermilo. Oni sie patrza na nas, my na nich :-D. Oboje jestesmy troche zdziwieni soba, oni bialoscia naszej skory a my ich Gejiowatoscia, ktorej oni nie zauwazaja. Co chwile jeden z drogim przeglada sie w lustrze, poprawia kosmyk, koszule. Troche olejku, troche gelu :-D Jest uroczo. Kinga wyjmuje aparat, zaczyna sie show ! Przezenie na fotelu i miny. Klijent, naprawde jestem zaczarowany ich umiejetnosciami. Tak nieoszczedine w ruchach takz amaszyscie i teatralnie. Woow :-D
Po 30 minutach, najbardziej przebojowy, z uroczym, przeponowym glosem, prosi mnie na Fotel. Nie mam kasy spominam, om mowi ze gratis, bo a jakze Eurokolesia nie ugoscic. Winszuje podstep ale nie moge sie oprzec urokowi i siadam. Co dla mnie przygotowal. Moja usluge wypowiada tak jakby mial mi zgotowac orgazm, a bedzie to "head Masssssaggggge" Tak wlasnie :-D. Dobra. Ide na to. Jest naprawde niezly. Co jakis czas pyta "Good? Like it?" Czuje sie troche jak w jakims tanim filmie wiadomego przeznaczenia ale nie odwazam sie powiedziec nic co mialoby skrocic czas mojego masazu. Jest swietny wiec poco konczyc cos co jest tak przyjemne :-P Najbardziej Gejowo poczulem sie po pytaniu " Du u like my Full power ??" To tyle z salonu bo przestaje padac. Fota na pozegnanie i pa.
500 metrow dalej, spotykamy naganiacza hotelowego i jak poprzednio idziemy z nim po poinformowaniu go ze jestesmy studentami a to znaczy dokladnie to, ze zchodzimy z 300 rpi na 150 (z 20 zl na 10) za noc a Hotel naprawde wart jest wiecej. Jest czusciutenko, z kuchnia i basenem. Pokoj do przesiadywania pieknie uzadzony. Wszedzie swietne dekoracje, a obsluga to przemily Hindus EJ i jego australijska dziewczyna. Jest niesamowicie. Poznajemy Kilku gosci, pare Agoli w wieku przed 60 podrozujacych juz tu od 3 miesiecy, Szwajcara, ktory od roku jezdzi po Azji, teraz kupil motor i planuje jeszcze troche potravelowac. Mowi ze budzet wykazuje ze conajmniej jeszcze 1,5 roku ale jesli przycisnie pasa moze i dluzej, albo i krocej jak juz zdecyduje ze dosc zobaczyl. Jeszcze fotografka z GB i tyle. Dlugo rozmawiamy, o podrozach, nszych probemach. Mini Europa w srodku tego przedziwnego miejsca.
Pokoj nadaje sie :-D Lepiej niz w poprzednim hotelu i mniejsze tez karaluchy (jak sie okazalo). Rozgaszczamy sie i na Miasto. Jest super!!! Narawde odpoczywam. Zupelnie inaczej niz w Ajmer, Jaipurze. Nie pozbywamy sie oczywiscie Hinduskich zwyczajow, ale sa one mniej denerwujace, mniej natezone. Bedziemy mogli tu troche przygotowac sie do dalszego explorowania. Troche zrozumiec na miejscu, sprobowac poczuc siebie w Indiach, jak chodzic po ulicach i jak sie patrzec, zeby znow nie przezywac niepotrzebnych rozczarowan. Ciesze sie szczeze ze tu jestem.
Obchodzimy miasto, Love! Restauracja z przeostrym przepysznym. Do swiatyni znow nas nie wpuszczaja z aparatem(tym razem Hindyuskiej) i dla kingi to juz za duzo. Nie wytrzymuje napiecia i wracamy w strone Hotelu. Po drodze wyzywamy sie na bebnach milego Hindusa w przyjeziornej swiatynce. Oczyszczenie. Npierdalam przez chwile, emocje spadaja, zegnamy sie i jestesmy Nowi :-D
Jak to dobrze czasem w cos pierdolnac.
Po Powrocie do Hotelu gadamy z Australijka o jej historii. Mieszka w Indiach juz od 2 lat, z EJ-em i mowi ze jest jej tu dobrze. Opowiada jak pierwszy raz przyjechala do Indii, przez 2 pierwsze tygodnie plakala. Mowi nam jak sie zachowywac, ze mozemy przeciez zamknac sie w bance tylko we dwoje i przezywac tylko to co chcemy. Nie musimy odpowiadac na kazde "Hello!" i zagainianie do kolejnych kramikow. Mozemy przezywac Indie tak jak chcemy i rozmawiac tylko z tymi osobami ktore uwazamy za warte wylapania z tlumu. Opowiada jak ona strasznie nienawidzila tu byc przy pierwszej wizycie, a po powrocie do Australi tak tesknila, ze w nastepne wakacje znow przyjechala tylko na dluzej. Mowi, ze jest ciezko i kazdy to wie kto tu byl, tylko od nas zalezy czy Bedziemy caly ten syf i wszystkie opowiesci przydroznych i uszkodzonych ludzi brac na swoja glowe, czy bedziemy sobie spokonie przemykac obok i napawac sie tym co tu wazne. Dziekuje jej za to. To co zrozumialem moje a jutro juz bede z glowa wyzej.
To tyle wtedy. Swietnie sie skonczylo. Potem jeszcze spotykamy Karalona (mialo ich tu nie byc) mniejszego od tego rozdeptanego o polowe ale zawse :-D Kinga biegnie po pomoc i jeden z pracownikow hotelu lapie go w reke i poprostu z nim wychodzi... Nie wierze. Moze i ja tak swardnieje za jakies 3 tygodnie.
Opowiesci o swietych krowach to prawda. NAPRAWDE!! Leza tu i tam, na ulicy, na sciezynce. Ludzie ich nie zauwazaja a jest ich naprawde calkiem sporo. Strasznie to zabawne, szczegolnie w konfrontacji z naszym powiedzeniem "swieta krowa". Jestem zaskoczony. W rajasthanie wycofali nawet z obiegu plastikowe torby bo krowy, ktore je polykaly w bolach umieraly a przecie to krowy swiete.
Kinga uzyla sformulowania "to zwierzeta" w trakcie naszego spadku nastroju widzac wypruzniajacego sie w kuckach hindusa doslownie 2m od nas. Nie wiem jak sie do tego odniesc. Mysle w glowie "wsrod malp i malpiszonow". Troche mi przykro ze czasem cisnie sie do glowy nazwanie ich jakos gorzej, zwierzeco. Nie chce tego. Ich kultura jest tak inna i tak strasznie niecywilizowana chwilami. Majac w reku komowke warta 2000zl i tak jedza rekami wczesniej ich nie myjac ect. Powoli zaczynam widziec jak to wszystko dziala, powoli.
I chociaz ani jednego komara do tej pory nie widzialem, z pewnoscia moge nazwac polskie komary opaslymi i zaspanymi ciotami. Co 10 minut niewidzialne skurczybyki przypominaja mi o malarii. Calutenki pogryziony, przez te zwinne i szybkie skurczybyki. Naprawde niewyczuwalne, nieslyszalne. Niesamowite jest jak szybko zalatwiaja swoja potrzebe :-D
Z mysli jeszcze jedno. Po akcji z Jaipuru, teraz juz wyluzowany, widze jedno. Ja z przystawionym
pistoletem do glowy przez BOSEGO hindusa. hehe Cala ta akcja wydazyla sie boso, bez blyszczacych mokasynow, czy wyglancowanych laczkow. Nie mogli w nas strzelic bo krew obryzgalaby im skarpetki, dlatego nie powinnismybyli sie tak denerwowac. Wszystko bylo od razu wiadome. Jak bosy czlowiek moglbybyc zbirem ?? :-D Smiech przez lezke. I tak bylo.
Mam wrazenie ze w podstawowce wszyscy mieli tu przedniot "Jak bezbolesnie ojebac bialasa". Kazdy z nich ma wrodzone podawanie 2x wyzszej ceny i to najmniej. Kazdy myli sie w podawaniu ceny, nawet tej napisanej na rozkladzie autobusowym. W kazdej restauracji maja co najmniej 3 menu, z kilkoma cenami. Jest to zabawne do czasu, a potem meczace, a potem normalne. Mysle ze w Polsce nikt naprawde nie ma szans oszukac bialego po treningu w Indiach :-D A najlepsi scumerzy powinni uczyc sie sztuki od Hindusow :-D Ciekawi mnie tez poco pytaja o imie, jak po 2 minutach zapominaja? A poco o kraj jak Poland Blisko Holand lezy? i Czy to w Europie wogole ? Te pytania padaja z ust kazdego! hehe :-D to troche zabawne. Zacieta plyta. Kazdy chce sie troche spotkac z Europejska kultura, a jedynym sposobem jest zagadac.
I jeszcze migawka z przejazdem. "Purity is our prority" z jednego zabrudzonego do maximum. Ale czy oby nie bylo to "Povery is our priority"?? Teraz juz nie wiem bo bylem zaspany.
Teraz pisze, sluchajac sobie radia Last Fm z moimi piosenkami. Jestem na chwile w domu po 20 dniach bez normalnej muzyki. Na chwilke czuje sie jakbym przetransportowal sie 7,5 tydsiaca km, do mojego pokoju. Jest Milo ale wiem ze jeszcze nie chce wracac. Taka pigulka domku tutaj na chwile, dla pokrzepienia serc, a teraz dalej na poznawanie Indii i tego tam...
Rad dzis brak.
środa, 25 sierpnia 2010
Dzien 19
Pierwszy raz to robie, ale teraz wiem ze sie nie wyrobie chodzbym i chcial. w zeszycie mam 3 dni zaleglosci tutaj tez... Nie bedzie tak regularnie jakbym chcial ale bedzie tak jak podroz pozwoli. Dzis zatem dzien 19
Kafejka internetowa w Jaipurze, z ktorej pisze, jest zawszonym miejscem, w ktortym na wejsciu kazali nam sobie zrobic ksero paszportu a takze zdjecie minicamem, dane osobowe i hotelu... Jakos sie tym nie przejalem. Dzis przezylismy jedna z najgrozniejszych, a moze i wcale nie, sytuacji w naszym zyciu.
Wszystko wyglada normalnie, spacerujemy sobie ulicami Jaipuru. jest milo a pogoda sprzyja. Kino w Jaipurze, slawne Raj Mandir. Niesamowity film Bollywood Lafangey Parindey. Jestem pod wielkim wrazeniem operatorkiej sztuki i oswietlenia calego filmu. Poprostu NIESAMOWITE!!! Jak w noajnowszych filmach USA a Polske przebili o 100 lat. Bawimy wie wysmienicie. Po wyjsciu troche pada, chowamy sie w swiatyni i zaczynamy przygode.
Podchodzi koles, wyglada wporzadku. Jest nauczycielem, przynajmniej tak mowi. Opowiada ze chce poznac ludzi. Bardzo sceptycznie zgadamy sie na krotka rozmowe i Czai. Pozajemy jakiegos frienda, siedzimy gadamy i pijemy. Wszystko nap[rawde super. Jedziemy do swiatyni Malp. Tez swietnie. Naprawde przezycie warte kazdych pieniedzy. Zakumplowywujemy sie z panem Nauczycielem. Potem mamy sie spotkac spowrotem z Friendem, ale cos idzie nie tak. Najpierw kolega placi za nas za riksze, potem autobus. Nie wiemy co co chodzi ale nie pozwala nam zwrocic kaski. Jedziemy do frienda do domu ktory okazuje sie jednak czyms zupelnie innym.
Ni to sklep, ni dziura w ziemi. Ciemne nie do konca wiemy czego sie spodziewac. Po ostatnich dniach wydaje sie ze nic nie ma za darmo wiec wchodzimy myslac ze zaproponuja nam kolczyk, my powiemy ze jestesmy biedni i koniec. Sprawa wyglada inaczej. Poznajemy obiezyswiata frienda, ktory po chwili przynosi ksiazke "Poland" i okazuje sie ze za tydzien wlasnie do Polski wylatuje! Kinga cos juz czuje ze jest nie tak, ja dalej mysle ze superekstramilo. Duren...
Roizmawiamy chwile, opowiadamy o Polsce, wydaje nam sie niesamowicie mily. Po chwili wychodzi znalezc jakies papiery gdzie jedzie a my zaczynamy rollercoster z nastepmnym friendem. Zaczyna sie opowiesc jak s 2 dni zarobic 5000Euro. Wszystko super, podpiszemy jakis papiuer, on nie moze przewiezc duzo bizuterii ale my mozemu mu pozyczyc nasz limit. Kaska w chwile. Ja przez ulamek sekundy jestem oczarowany a moja chciwosc i chec posiadania biora gore ale po jednym slowie kingi opanowuje sie i widze w jak wielkim gownie sie znalezlismy. Dopiero teraz przypominam soebie caly mily do bolu dzien i kojaze fakty. Jestem zawiedziony. Nic w Indiach za darmo. Mowimy ze nie i ze juz chcemy wyjsc na co Friend No2 ochoczo mowi "Przyjaciele, nie denerwojcie sie, wszystko OK! Nie przystawiamy wam przeciez pistoletow do glowy. To wasza decyzja." I tym akcentem zakoncze. Szybko wychodzimy, dalej towazyszy nam nauczyciel a my rozgladamy sie w trybie natychmiastowym za jakas riksza... Znajdujemy ja po 5 minutach obsrania w majti i kiedy juz do niej wsioadamy nasz nauczyciel kochany prosi o zwrot pieniedzy za autobus... Oddaje mu je z pogarda i jak najszybciej w strone hotelu... Naprawde straszne przezycie.
Tak wiec rada No11 jest taka: Jako ze nie ma w Indiach NIC za darmo, nie wierz jak ktos ci pokazuje ze jest. Jestem strasznie zawiedzony tym faktem ale przestrzeganie zasady "nie bierz cukierka od obcego" tutaj obowiazuje takze doroslych i takich jak my co do doroslosci jeszcze aspiruja.
Szkoda ze tak sie stalo szczegolnie ze wczoraj, dnia 18 bylismy w domu niesamowitych Hindusek, zrobily kindze henne i byly niesamowicie mile. To wlasnie przez wczorajsze przezycie dzis zaufalismy nauczycielowi a teraz nie bedziemy miec okazji spotkac ani razu milych hindusek bo poprostu nie otrzymaja od nas zaufania. Trudno. Nawet jesli jest tu ktos kto nie chce wydoic Europejczyka, niech lepiej sie z tym kryje bo i Hindusi go za to wydoja...
Juz na szczescie przezyci i z gulami w gardlach teraz kierowac sie bedziemy w strone jakiejs knajpy, coby sobie zagryzc ten straszny stres. Nastepny przystanek Pushkar. Jutro o 6:00 bedziemy juz w autobusie zegnajac przedziwny Jaipur. Przenosimy sie z 5mln miasta do 50tys miasta. Moze tam nie spotka nas juz nic takiego i znow bedziemy mogli naladowac baterie zaufania.
W taki dzien jak ten MArco polo wyruszyl, w taki dzien jak ten my dostalismy propozycje kulki w glowe, a ty co dzis robisz ekscytujacego?
Po dzis przezyciu naprawde poczulem zewny smutek za domkiem. Dlatego dziekuje za komentarze i ciesze sie ze Tak duzo osob czyta moj blog. To Duzo dla mnie znaczy i nie sa to puste slowa. Tesknie ale ide dalej zeby wiedziec.
Kafejka internetowa w Jaipurze, z ktorej pisze, jest zawszonym miejscem, w ktortym na wejsciu kazali nam sobie zrobic ksero paszportu a takze zdjecie minicamem, dane osobowe i hotelu... Jakos sie tym nie przejalem. Dzis przezylismy jedna z najgrozniejszych, a moze i wcale nie, sytuacji w naszym zyciu.
Wszystko wyglada normalnie, spacerujemy sobie ulicami Jaipuru. jest milo a pogoda sprzyja. Kino w Jaipurze, slawne Raj Mandir. Niesamowity film Bollywood Lafangey Parindey. Jestem pod wielkim wrazeniem operatorkiej sztuki i oswietlenia calego filmu. Poprostu NIESAMOWITE!!! Jak w noajnowszych filmach USA a Polske przebili o 100 lat. Bawimy wie wysmienicie. Po wyjsciu troche pada, chowamy sie w swiatyni i zaczynamy przygode.
Podchodzi koles, wyglada wporzadku. Jest nauczycielem, przynajmniej tak mowi. Opowiada ze chce poznac ludzi. Bardzo sceptycznie zgadamy sie na krotka rozmowe i Czai. Pozajemy jakiegos frienda, siedzimy gadamy i pijemy. Wszystko nap[rawde super. Jedziemy do swiatyni Malp. Tez swietnie. Naprawde przezycie warte kazdych pieniedzy. Zakumplowywujemy sie z panem Nauczycielem. Potem mamy sie spotkac spowrotem z Friendem, ale cos idzie nie tak. Najpierw kolega placi za nas za riksze, potem autobus. Nie wiemy co co chodzi ale nie pozwala nam zwrocic kaski. Jedziemy do frienda do domu ktory okazuje sie jednak czyms zupelnie innym.
Ni to sklep, ni dziura w ziemi. Ciemne nie do konca wiemy czego sie spodziewac. Po ostatnich dniach wydaje sie ze nic nie ma za darmo wiec wchodzimy myslac ze zaproponuja nam kolczyk, my powiemy ze jestesmy biedni i koniec. Sprawa wyglada inaczej. Poznajemy obiezyswiata frienda, ktory po chwili przynosi ksiazke "Poland" i okazuje sie ze za tydzien wlasnie do Polski wylatuje! Kinga cos juz czuje ze jest nie tak, ja dalej mysle ze superekstramilo. Duren...
Roizmawiamy chwile, opowiadamy o Polsce, wydaje nam sie niesamowicie mily. Po chwili wychodzi znalezc jakies papiery gdzie jedzie a my zaczynamy rollercoster z nastepmnym friendem. Zaczyna sie opowiesc jak s 2 dni zarobic 5000Euro. Wszystko super, podpiszemy jakis papiuer, on nie moze przewiezc duzo bizuterii ale my mozemu mu pozyczyc nasz limit. Kaska w chwile. Ja przez ulamek sekundy jestem oczarowany a moja chciwosc i chec posiadania biora gore ale po jednym slowie kingi opanowuje sie i widze w jak wielkim gownie sie znalezlismy. Dopiero teraz przypominam soebie caly mily do bolu dzien i kojaze fakty. Jestem zawiedziony. Nic w Indiach za darmo. Mowimy ze nie i ze juz chcemy wyjsc na co Friend No2 ochoczo mowi "Przyjaciele, nie denerwojcie sie, wszystko OK! Nie przystawiamy wam przeciez pistoletow do glowy. To wasza decyzja." I tym akcentem zakoncze. Szybko wychodzimy, dalej towazyszy nam nauczyciel a my rozgladamy sie w trybie natychmiastowym za jakas riksza... Znajdujemy ja po 5 minutach obsrania w majti i kiedy juz do niej wsioadamy nasz nauczyciel kochany prosi o zwrot pieniedzy za autobus... Oddaje mu je z pogarda i jak najszybciej w strone hotelu... Naprawde straszne przezycie.
Tak wiec rada No11 jest taka: Jako ze nie ma w Indiach NIC za darmo, nie wierz jak ktos ci pokazuje ze jest. Jestem strasznie zawiedzony tym faktem ale przestrzeganie zasady "nie bierz cukierka od obcego" tutaj obowiazuje takze doroslych i takich jak my co do doroslosci jeszcze aspiruja.
Szkoda ze tak sie stalo szczegolnie ze wczoraj, dnia 18 bylismy w domu niesamowitych Hindusek, zrobily kindze henne i byly niesamowicie mile. To wlasnie przez wczorajsze przezycie dzis zaufalismy nauczycielowi a teraz nie bedziemy miec okazji spotkac ani razu milych hindusek bo poprostu nie otrzymaja od nas zaufania. Trudno. Nawet jesli jest tu ktos kto nie chce wydoic Europejczyka, niech lepiej sie z tym kryje bo i Hindusi go za to wydoja...
Juz na szczescie przezyci i z gulami w gardlach teraz kierowac sie bedziemy w strone jakiejs knajpy, coby sobie zagryzc ten straszny stres. Nastepny przystanek Pushkar. Jutro o 6:00 bedziemy juz w autobusie zegnajac przedziwny Jaipur. Przenosimy sie z 5mln miasta do 50tys miasta. Moze tam nie spotka nas juz nic takiego i znow bedziemy mogli naladowac baterie zaufania.
W taki dzien jak ten MArco polo wyruszyl, w taki dzien jak ten my dostalismy propozycje kulki w glowe, a ty co dzis robisz ekscytujacego?
Po dzis przezyciu naprawde poczulem zewny smutek za domkiem. Dlatego dziekuje za komentarze i ciesze sie ze Tak duzo osob czyta moj blog. To Duzo dla mnie znaczy i nie sa to puste slowa. Tesknie ale ide dalej zeby wiedziec.
niedziela, 22 sierpnia 2010
dzien 16
"This is India" Brzmi podobnie jak krzyki Leonidasa "THIS IS SPARTA" Wypowiadane jednak przez wychudledo, lekko przytartego brudkiem na pupie i przykucnietego na przednim siedzeniu kolegi taxiaza wzbudzaja zupelnie inne emocje.
Wstajemy calkiem rano, ale Monsoon daje sie we znaki i spedzamy 3h na niczym. Przewalamy sie z lewa na prawo. Troche podkurwieni, bo w koncu ile mozna sie denerwowac ta swoja kiepska sytuacja, trza w koncu cos zrobic! o 13 wychodzimy jak deszczyk ustepuje. Idziemy do Qtub Minar. Caly czas gadamy z Zeem, jest naprawde milo. Kilkanascie minut spaceru do Metra, przejazdzka kolejne, i potem kolejne kilkanascie do Qtab. Po drodze gubimy sie jednak i trafiamy do jakiejs opuszczonej swiatyni zrujnowanej przez Hindusow. Na murze spotykam pierwszy raz w moim zyciu Malpe na wolnosci. Dziwne uczucie. Czy mam sie jej bac? Do tej pory byly za kratkami, a jak skojazenia nam mowia to co za kratkami to niebezpieczne. Bac sie ? Robie zdjecie. Nie moge sie nadziwic. Tego dnia jeszcze spotkam papugi i slonia. Nie sadzilem ze stanie sie to tak szybko. Wiedzialem ze zobacze ale 2-giego dnia ?
Wszystko troche opada. Cale to napiecie. Ludzie mniej wiecej wszyscy na swiecie wygladaja tak samo. @ rece i nogi jeden tulow jeden leb i jedna rozrodka. Nie ma sie czego bac. Przechodzimy droge, gdzie jedynym zestawem praw sa Prawa dzungli a ja zaczynam powoli kleic fakty i rozumiec. Ich jest mnustwo a kazdy musi sie czyms zajac. Gotuja wiec, zmiataja, robia zdjecia, wyciskaja sok, wszystko za pieniazki oczywiscie.
Qtub Minar to taka wielka wierza z czerwonego piaskowca otoczona starymi budynkami. Fajne ale czemu ja jako europejczyk place 250Rs a Hindus podjezdzajacy Merolem placi tylko 10Rs... Fatalnie.
Zamykaja mi sie oczy, a jutro jedziemy do Jaipuru. Moge dzis jednak powiedziec ze Indie to cudne miejsce. Zupelnie inne, zupelnie nieuchwytne. Jest tu tyle rzeczy nagromadzonych na metr kwadratowy, az mam wrazenie, ze zasluge dlaczego nie dostalem jeszcze epilepsji musze oddac moim rodzica. To oni nie mieli wystarczajaco silnej woli zeby odciagac mnie od kompa za mlodu, wiec mam za soba natezenie tych przeroznych migajacych obrazu. Jest tu tak ze bym chcial tylko o tym mowic i pytac dlaczego, a jak tylko sie zastanawiam to nie wiem co powiedziec i napisac. Mowienie o brudzie i biedzie mija sie z celem, mowienie o rzeczach fascynujacych gdzies umyka w tym balaganie. Mysle ze Narazie najbardziej mnie to miejsce Intryguje. Ze wszystkich slow to jest jednak to. Jeszcze napewno cos napisze. Teraz juz nie wiem co.
Rada No10 nie zapomnij o klapkach. Bez klapkow w indiach kazdy prysznic bedzie przyprawial cie o grzybiczne paranoje. Wiec nie zapomnij.
Wstajemy calkiem rano, ale Monsoon daje sie we znaki i spedzamy 3h na niczym. Przewalamy sie z lewa na prawo. Troche podkurwieni, bo w koncu ile mozna sie denerwowac ta swoja kiepska sytuacja, trza w koncu cos zrobic! o 13 wychodzimy jak deszczyk ustepuje. Idziemy do Qtub Minar. Caly czas gadamy z Zeem, jest naprawde milo. Kilkanascie minut spaceru do Metra, przejazdzka kolejne, i potem kolejne kilkanascie do Qtab. Po drodze gubimy sie jednak i trafiamy do jakiejs opuszczonej swiatyni zrujnowanej przez Hindusow. Na murze spotykam pierwszy raz w moim zyciu Malpe na wolnosci. Dziwne uczucie. Czy mam sie jej bac? Do tej pory byly za kratkami, a jak skojazenia nam mowia to co za kratkami to niebezpieczne. Bac sie ? Robie zdjecie. Nie moge sie nadziwic. Tego dnia jeszcze spotkam papugi i slonia. Nie sadzilem ze stanie sie to tak szybko. Wiedzialem ze zobacze ale 2-giego dnia ?
Wszystko troche opada. Cale to napiecie. Ludzie mniej wiecej wszyscy na swiecie wygladaja tak samo. @ rece i nogi jeden tulow jeden leb i jedna rozrodka. Nie ma sie czego bac. Przechodzimy droge, gdzie jedynym zestawem praw sa Prawa dzungli a ja zaczynam powoli kleic fakty i rozumiec. Ich jest mnustwo a kazdy musi sie czyms zajac. Gotuja wiec, zmiataja, robia zdjecia, wyciskaja sok, wszystko za pieniazki oczywiscie.
Qtub Minar to taka wielka wierza z czerwonego piaskowca otoczona starymi budynkami. Fajne ale czemu ja jako europejczyk place 250Rs a Hindus podjezdzajacy Merolem placi tylko 10Rs... Fatalnie.
Zamykaja mi sie oczy, a jutro jedziemy do Jaipuru. Moge dzis jednak powiedziec ze Indie to cudne miejsce. Zupelnie inne, zupelnie nieuchwytne. Jest tu tyle rzeczy nagromadzonych na metr kwadratowy, az mam wrazenie, ze zasluge dlaczego nie dostalem jeszcze epilepsji musze oddac moim rodzica. To oni nie mieli wystarczajaco silnej woli zeby odciagac mnie od kompa za mlodu, wiec mam za soba natezenie tych przeroznych migajacych obrazu. Jest tu tak ze bym chcial tylko o tym mowic i pytac dlaczego, a jak tylko sie zastanawiam to nie wiem co powiedziec i napisac. Mowienie o brudzie i biedzie mija sie z celem, mowienie o rzeczach fascynujacych gdzies umyka w tym balaganie. Mysle ze Narazie najbardziej mnie to miejsce Intryguje. Ze wszystkich slow to jest jednak to. Jeszcze napewno cos napisze. Teraz juz nie wiem co.
Rada No10 nie zapomnij o klapkach. Bez klapkow w indiach kazdy prysznic bedzie przyprawial cie o grzybiczne paranoje. Wiec nie zapomnij.
Dzien 15 - This is India
Zrywam z regularnoscia.
Wrazenie z Przylotu doo Delhi. Oszalamiajace wielgajne lotnisko, z rzezbionymi scianami i dywanami, pieknymi czystymi kiblonami.
Wrazenie z Delhi. Parne, gorace rumowisko. Pobojowisko z nuta sensu wyczuwalna dopiero po kilku dniach.
Wychodzimy z lotniska z malutkim papierkiem za 350rs do prepaid taxi, zupelnie nie wiedzac o co chodzi. Koles podchodzi, prowadzi do taxy, daje mu kwitek. Slysze krzyk jakiegos kolesia, mowi cos do mojego taxowkaza, chwile gestykuluja, i mowi do nas "Fallow me, this is bad guy. He have no money"... Dzungla ? Tak tu bedzie. Zabieganie o klijenta to jedna z najciekawszych zdolnosci Hindusow.
Tak wiec Jedziemy dobra taxa, po 5 min dosiada sie koles i mowi, ze on jedzie do domu bo skonczyl juz swoja taksowkarska zmiane, no i jedzie z nami. Skrecamy raz, trzeci, Stop. Taxdriver wysiada, gdzies idzie, daje kase brudnemu kolesiowi i przytarguje ze soba kolo. Wlkada do taxy pod nogi drogiego.
"Welcome to India my friends!" To jest zdanie ktore wbija sie w mozg. Na wszystko mozesz jedynie machnac reka.
Taxa nie wie gdzie jedzie, zatacza kilka okrazen wokol, wlasciewie wokol czego?
Gdzies dzwonia, pytaja. Szuruszsuszu to wszystko co rozumiem. Nerwowe spojzenia i ciagla rozmowa z panem na doczepke, mlodym zle ubranym(jak wszyscy) Hindusem. Podobna tu jest najgorzej na ziemi, wszyscy oszukuja, kradna, a jak bedziemy gdzies spac, to rabia Europejczykom zdjecia kiedy spia. Slysze to i nie wierze. Co ja tu robie. Gdzie my jedziemy. Czy ja snie? Czy taxiaze nie wiedza gdzie jeschac? Dobrze ze jest to prepaid taxa, inaczej zaplacilibysmy za kilometry jak za trawe. Jest hardo a mi cisnienie wali we lbie. Naprawde jestem spanikowany.
Po godzinie dokrecamy sie do Szuszantelok. Odlanezienie mieszkania w naszej dzielnicy to kolejne 20 min. Tym razem zawinili budowniczy, wstawiajac budynki 1850 obok 2015. Tak sie zdazylo ze my jestesmy w 1923 tyletylko, ze go brakuje. Nie wiem sam co o tym myslec. Mowimy taxiazowi ze mieszka tu nasz frend, a on ze frend napewno jest strasznym Hindusem co nas zabije. Najlepiej to jak zapiszemy sobie nr do taxiaza bo to wlasnie on jest friend i napewno mozna mu ufac.
Na progu spotykamy Zee. Zaspanym posklejany i wymiety. Zaprasza, koslawo wymawiajac nasze imiona. Uroczy. Pokazuje parter, pokoj, lazienke. Chwile wymieniamy sie wiesciami, ale potem zostawia nas i wraca do swojego przerwanego o 6:00 snu. Zostawia nas w pokoju z malzenskim lozkiem, na ktorym aktualnie spi sam samiuski jeden Pan Karaluch. Kinga panikuje. Serio...
Po zapojstwie Karalona, jakos udaje nam sie zasnac uprzednio wywieszajac nad nami moskitiere. Jestesmy leciuchno roztrzesieni. Za duzo jak na 2 godziny. Za duzo... Ja zasypiam moze po 30 minutach. Naprawde rozmyslam o tym dlaczego tu jestesm, poco podrozowac, i za jakie grzechy tu jestem.
Wstajemy, chwile narzekamy. Jestesmy posepni i zawiedzeni. Jest 15. Prysznic, zabki, nieciekawe miny. Kinga schodzi na dol, wraca i jakby troche sie rozchmurza. Cos sie zmienia. Na dole wiecej swiatla, przestrzeni. Kolega z Lotwy (wyglada jak John Deep). Wszystko sie poprawia, niestety nieznacznie.
Troche nam zajmuje zanim wychodzimy po pierwsze zakupy. Troche nam zajmuje zanim pierwszy raz szczerze sie usmiechamy i troche jeszcze zanim jestesmy zadowoleni z Indii. Tu naprawde WSZYSTKO jest inaczej. Naprawde osoby ktore lubia sobie wcinac Indyjskie jedzonko, obejzeli 2 filmy Bolly i lubia indyjskie szale niech wybija sobie podroz do tego miejsca. To potraktuje jako rade No.8
Tu dziwnosc nie opuszcza cie przez ani chwile. Na poczatku jest dziwna (bo to dziwnosc), osobliwie cie zawstydza. Wszystko sie na ciebie patrzy, czeka zeby cie oszukac, ukasic. Owady i ludzie (chociaz zadnego Karalucha juz nie spotkalismy) sa jakby przeciw tobie. Potem jak przechodzi dziwnosc, okres wstepny, widzisz jednak jak sa to mili ludzie. Usmiechaja sie i smieja nawet. Jest coraz lepiej.
Ten dzien jednak spedzamy w domu. Poznajemy cala sytuacje dziwnej Nieruchomosci. Zyje w niej 3 kolesi Zee, Ralph i Sonny. Zee, nasz chost, 26 latek po inzynieri komputerowej(?), spokojny i zabawny. Dobrze zna angielski i jest superkomunikatywny. Spedzamy z nim troche czasu, gadamy o foto. Przyja nas Na couch ze wzgledu na slowo klucz w naszym profilu "fotografia". Jak nie jeden z nas (lol) kupil sobie fotoaparat, a teraz zacznie sie interesowac Foto. Przez te 2 dni naprawde go polubilem. Uwielbia sie smiac i zna na pamiec cale Inglorious Bastards. Myli Tarramtino z Seanem Pennem i ma odjazdowy, wypakowany bajerami telefon-centrum swiata. Niesamowita maszyna. Ralph i Sonny, spollokatorzy, sa do opisania nastepujaco: R-Imprezowicz nie pijacy alkocholu, Kaszmirczyk umawiajacy sie z Polka i S-27letni prawiczek, Hindus z wybitym zebem, mowiace najmilsze na swiecie "Welcome, how was u'r sleeping ?"
Bylo tak ze we 3 mieszkali sobie, potem Ralph poznal Basie, ktora po jakims czasie pomieszkiwala (codzien po pracy) u chlopakow. Wszystko sobie plynelo, do czasu gdy chlopaczki pomysleli ze super byloby miec CS-erow w domu. I tak od miesiaca w domu zamias 4 osoby zyje srednio 7(czasem i 9), Basia zdezerterowala ze slowami na ustach "Wymieniliscie mnie na Couch Surfing", a chlopaki planuja przyjac jak najwieksza liczbe zajebistych typiarzy do czasu swojej podrozy po Europie. Cool.
Magicznym pkt dnia, jest jednak wieczorne wyjscie na miasto. Nie mowie o wyjsciu do Delhi, to jutro, ale do Gurgain, miasteczka naszego pobytu na granicy z Delhi. Przemiezamy wszystkie czarne uliczki C-bloku (jak sie dowiadujemy jest to naprawde bogata dzielnica) i po 15 min dochodzimy do Sallims, Rastauracji - Budzie, serwujacej tak niesamowite jedzenie ze nie wiem co napisac. Jest zacnie a nasze miny naprawde sie poprawiaja. Uwielbiam ich kuchnie !
Dzien Konczy sie na pokazywaniu najleprzych wg nas fotografow swiata Zee-emu. Jest naprawde podexcytowany. Zaczyna rozumiec dlaczego nie bylismy tak zachwyceni widzac jego fotografie motyli z kwiatkiem. Widze ze bedzie sie tym jarac az do konca. Uwielbiam go.
Potem ja cos pisze. Na chwile wracam do wydazen z sprzed 3 dni, zeby troche zapomniec o tym calym Indyjskim Balaganie.
Pisze o tym wszystkim tak jak to widzialem wlasnie dnia 15 w piatek, przed nastaniem soboty, nie mowiac juz o Niedzieli. Przez glowice przechodzilo tyle sprzeczych mysli. Tak duzo Paniczych krzykow w sobie trzymalem i troche udawalem przed Kinga ze wszystko ok. Oboje jestesmy niezle spanikowani ale to ja mam siusiora w spodniach wiec...
Wiec znow na nowo przemyslam dlaczego Indie? I chyba to dobrze. Mysle, ze trzeba tu przyjechac zeby zobaczyc. Zeby sie znalezc troche bardziej. Jest tez tak jak jest tu w Indiach i jest tez inaczej, tak jak tam. Nie wiem czy to wytlumaczenie, ale sluchanie opowiesci nie ma nic wspolnego z doswiadczaniem. Co ja bede sie tu... Dzien 16 miesza w glowie...
Wrazenie z Przylotu doo Delhi. Oszalamiajace wielgajne lotnisko, z rzezbionymi scianami i dywanami, pieknymi czystymi kiblonami.
Wrazenie z Delhi. Parne, gorace rumowisko. Pobojowisko z nuta sensu wyczuwalna dopiero po kilku dniach.
Wychodzimy z lotniska z malutkim papierkiem za 350rs do prepaid taxi, zupelnie nie wiedzac o co chodzi. Koles podchodzi, prowadzi do taxy, daje mu kwitek. Slysze krzyk jakiegos kolesia, mowi cos do mojego taxowkaza, chwile gestykuluja, i mowi do nas "Fallow me, this is bad guy. He have no money"... Dzungla ? Tak tu bedzie. Zabieganie o klijenta to jedna z najciekawszych zdolnosci Hindusow.
Tak wiec Jedziemy dobra taxa, po 5 min dosiada sie koles i mowi, ze on jedzie do domu bo skonczyl juz swoja taksowkarska zmiane, no i jedzie z nami. Skrecamy raz, trzeci, Stop. Taxdriver wysiada, gdzies idzie, daje kase brudnemu kolesiowi i przytarguje ze soba kolo. Wlkada do taxy pod nogi drogiego.
"Welcome to India my friends!" To jest zdanie ktore wbija sie w mozg. Na wszystko mozesz jedynie machnac reka.
Taxa nie wie gdzie jedzie, zatacza kilka okrazen wokol, wlasciewie wokol czego?
Gdzies dzwonia, pytaja. Szuruszsuszu to wszystko co rozumiem. Nerwowe spojzenia i ciagla rozmowa z panem na doczepke, mlodym zle ubranym(jak wszyscy) Hindusem. Podobna tu jest najgorzej na ziemi, wszyscy oszukuja, kradna, a jak bedziemy gdzies spac, to rabia Europejczykom zdjecia kiedy spia. Slysze to i nie wierze. Co ja tu robie. Gdzie my jedziemy. Czy ja snie? Czy taxiaze nie wiedza gdzie jeschac? Dobrze ze jest to prepaid taxa, inaczej zaplacilibysmy za kilometry jak za trawe. Jest hardo a mi cisnienie wali we lbie. Naprawde jestem spanikowany.
Po godzinie dokrecamy sie do Szuszantelok. Odlanezienie mieszkania w naszej dzielnicy to kolejne 20 min. Tym razem zawinili budowniczy, wstawiajac budynki 1850 obok 2015. Tak sie zdazylo ze my jestesmy w 1923 tyletylko, ze go brakuje. Nie wiem sam co o tym myslec. Mowimy taxiazowi ze mieszka tu nasz frend, a on ze frend napewno jest strasznym Hindusem co nas zabije. Najlepiej to jak zapiszemy sobie nr do taxiaza bo to wlasnie on jest friend i napewno mozna mu ufac.
Na progu spotykamy Zee. Zaspanym posklejany i wymiety. Zaprasza, koslawo wymawiajac nasze imiona. Uroczy. Pokazuje parter, pokoj, lazienke. Chwile wymieniamy sie wiesciami, ale potem zostawia nas i wraca do swojego przerwanego o 6:00 snu. Zostawia nas w pokoju z malzenskim lozkiem, na ktorym aktualnie spi sam samiuski jeden Pan Karaluch. Kinga panikuje. Serio...
Po zapojstwie Karalona, jakos udaje nam sie zasnac uprzednio wywieszajac nad nami moskitiere. Jestesmy leciuchno roztrzesieni. Za duzo jak na 2 godziny. Za duzo... Ja zasypiam moze po 30 minutach. Naprawde rozmyslam o tym dlaczego tu jestesm, poco podrozowac, i za jakie grzechy tu jestem.
Wstajemy, chwile narzekamy. Jestesmy posepni i zawiedzeni. Jest 15. Prysznic, zabki, nieciekawe miny. Kinga schodzi na dol, wraca i jakby troche sie rozchmurza. Cos sie zmienia. Na dole wiecej swiatla, przestrzeni. Kolega z Lotwy (wyglada jak John Deep). Wszystko sie poprawia, niestety nieznacznie.
Troche nam zajmuje zanim wychodzimy po pierwsze zakupy. Troche nam zajmuje zanim pierwszy raz szczerze sie usmiechamy i troche jeszcze zanim jestesmy zadowoleni z Indii. Tu naprawde WSZYSTKO jest inaczej. Naprawde osoby ktore lubia sobie wcinac Indyjskie jedzonko, obejzeli 2 filmy Bolly i lubia indyjskie szale niech wybija sobie podroz do tego miejsca. To potraktuje jako rade No.8
Tu dziwnosc nie opuszcza cie przez ani chwile. Na poczatku jest dziwna (bo to dziwnosc), osobliwie cie zawstydza. Wszystko sie na ciebie patrzy, czeka zeby cie oszukac, ukasic. Owady i ludzie (chociaz zadnego Karalucha juz nie spotkalismy) sa jakby przeciw tobie. Potem jak przechodzi dziwnosc, okres wstepny, widzisz jednak jak sa to mili ludzie. Usmiechaja sie i smieja nawet. Jest coraz lepiej.
Ten dzien jednak spedzamy w domu. Poznajemy cala sytuacje dziwnej Nieruchomosci. Zyje w niej 3 kolesi Zee, Ralph i Sonny. Zee, nasz chost, 26 latek po inzynieri komputerowej(?), spokojny i zabawny. Dobrze zna angielski i jest superkomunikatywny. Spedzamy z nim troche czasu, gadamy o foto. Przyja nas Na couch ze wzgledu na slowo klucz w naszym profilu "fotografia". Jak nie jeden z nas (lol) kupil sobie fotoaparat, a teraz zacznie sie interesowac Foto. Przez te 2 dni naprawde go polubilem. Uwielbia sie smiac i zna na pamiec cale Inglorious Bastards. Myli Tarramtino z Seanem Pennem i ma odjazdowy, wypakowany bajerami telefon-centrum swiata. Niesamowita maszyna. Ralph i Sonny, spollokatorzy, sa do opisania nastepujaco: R-Imprezowicz nie pijacy alkocholu, Kaszmirczyk umawiajacy sie z Polka i S-27letni prawiczek, Hindus z wybitym zebem, mowiace najmilsze na swiecie "Welcome, how was u'r sleeping ?"
Bylo tak ze we 3 mieszkali sobie, potem Ralph poznal Basie, ktora po jakims czasie pomieszkiwala (codzien po pracy) u chlopakow. Wszystko sobie plynelo, do czasu gdy chlopaczki pomysleli ze super byloby miec CS-erow w domu. I tak od miesiaca w domu zamias 4 osoby zyje srednio 7(czasem i 9), Basia zdezerterowala ze slowami na ustach "Wymieniliscie mnie na Couch Surfing", a chlopaki planuja przyjac jak najwieksza liczbe zajebistych typiarzy do czasu swojej podrozy po Europie. Cool.
Magicznym pkt dnia, jest jednak wieczorne wyjscie na miasto. Nie mowie o wyjsciu do Delhi, to jutro, ale do Gurgain, miasteczka naszego pobytu na granicy z Delhi. Przemiezamy wszystkie czarne uliczki C-bloku (jak sie dowiadujemy jest to naprawde bogata dzielnica) i po 15 min dochodzimy do Sallims, Rastauracji - Budzie, serwujacej tak niesamowite jedzenie ze nie wiem co napisac. Jest zacnie a nasze miny naprawde sie poprawiaja. Uwielbiam ich kuchnie !
Dzien Konczy sie na pokazywaniu najleprzych wg nas fotografow swiata Zee-emu. Jest naprawde podexcytowany. Zaczyna rozumiec dlaczego nie bylismy tak zachwyceni widzac jego fotografie motyli z kwiatkiem. Widze ze bedzie sie tym jarac az do konca. Uwielbiam go.
Potem ja cos pisze. Na chwile wracam do wydazen z sprzed 3 dni, zeby troche zapomniec o tym calym Indyjskim Balaganie.
Pisze o tym wszystkim tak jak to widzialem wlasnie dnia 15 w piatek, przed nastaniem soboty, nie mowiac juz o Niedzieli. Przez glowice przechodzilo tyle sprzeczych mysli. Tak duzo Paniczych krzykow w sobie trzymalem i troche udawalem przed Kinga ze wszystko ok. Oboje jestesmy niezle spanikowani ale to ja mam siusiora w spodniach wiec...
Wiec znow na nowo przemyslam dlaczego Indie? I chyba to dobrze. Mysle, ze trzeba tu przyjechac zeby zobaczyc. Zeby sie znalezc troche bardziej. Jest tez tak jak jest tu w Indiach i jest tez inaczej, tak jak tam. Nie wiem czy to wytlumaczenie, ale sluchanie opowiesci nie ma nic wspolnego z doswiadczaniem. Co ja bede sie tu... Dzien 16 miesza w glowie...
sobota, 21 sierpnia 2010
Dzien 14 cz1
Znowu choruje. Nigdy tak sie nie dzialo. Zdrow jak ryba, zachartowany. Mama wystawiala mnie przecie na go na chwilke jak bylem maly na mroz zeby mi sie lepiej na starosc zylo (sic :P).
Tak wiec choroba obcokrajowcow, w polaczeniu z niewyobrazalnie wysoka goraczka, mroczkami, problemami z rownowaga... Jest kiepawo. Kinga sie mna zajmuje cale przedpoludnie, potem wpadamy na pomysl lekaza.
Ledwo idac, z mroczkami przed oczami, gonie za dlugonogim Jasinem prowadzacym nas do lekarki, ni w zab nie mowiacej po naszemu. Przekazuje przez niego wszystkie najdrobniejsze szczegoly mojej wstydliwej (luzz) choroby. Babeczka proponuje X-ray nerek... Bez komentaza. Tak wiec z calej afery wychodze z 2-ma rodzajami tabletek. Niebieskimi i bialymi. Na zmiane prosze. Do wieczora jest lepiej...
O 18:50 wychodzimy z domu na autobus. Do odlotu mamy raptem 8h... Ale jakos tak sie stalo ze idziemy. Autobus odjezdza 19:20 (tak wynika z planu). My do naszego wsiadamy o 20:40... Co sie stalo z poprzednim?? Nikt nie wie... Ramadan ? Lenistwo? Awaria?
O 22 jestesmy na lotnisku. Mamy jeszcze chwilke do odlotu samolotu. Czekamy... Sprawdzam czy nasza rezerwacja jest aktywna, toaleta, ogladamy sklepy... Jest swietnie. Gramy w backgamona. Podchodzi do nas Hidi wygladajacy kolec, gadamy. Okazuje sie byc studentem, 22latkiem (wyglada jak 30), nie pijacym, nie palacym, prawiczkiem. Na poczatku gada sie dobrze, wymieniamy sie kulturami, podrozamni, przezyciami. Po chwili znajomosci, mam wrazenie olbrzymiej checi kolegi do ponizenia nas w obliczu jego osiagniec. Strasznie glupie zachowania, zarty nie na miejscu... Do poczatku lotu zostaje jednak przy nas... Lecimy w ta sama strone o tej samej godzinie...
Reszta kiedy indziej.
Tak wiec choroba obcokrajowcow, w polaczeniu z niewyobrazalnie wysoka goraczka, mroczkami, problemami z rownowaga... Jest kiepawo. Kinga sie mna zajmuje cale przedpoludnie, potem wpadamy na pomysl lekaza.
Ledwo idac, z mroczkami przed oczami, gonie za dlugonogim Jasinem prowadzacym nas do lekarki, ni w zab nie mowiacej po naszemu. Przekazuje przez niego wszystkie najdrobniejsze szczegoly mojej wstydliwej (luzz) choroby. Babeczka proponuje X-ray nerek... Bez komentaza. Tak wiec z calej afery wychodze z 2-ma rodzajami tabletek. Niebieskimi i bialymi. Na zmiane prosze. Do wieczora jest lepiej...
O 18:50 wychodzimy z domu na autobus. Do odlotu mamy raptem 8h... Ale jakos tak sie stalo ze idziemy. Autobus odjezdza 19:20 (tak wynika z planu). My do naszego wsiadamy o 20:40... Co sie stalo z poprzednim?? Nikt nie wie... Ramadan ? Lenistwo? Awaria?
O 22 jestesmy na lotnisku. Mamy jeszcze chwilke do odlotu samolotu. Czekamy... Sprawdzam czy nasza rezerwacja jest aktywna, toaleta, ogladamy sklepy... Jest swietnie. Gramy w backgamona. Podchodzi do nas Hidi wygladajacy kolec, gadamy. Okazuje sie byc studentem, 22latkiem (wyglada jak 30), nie pijacym, nie palacym, prawiczkiem. Na poczatku gada sie dobrze, wymieniamy sie kulturami, podrozamni, przezyciami. Po chwili znajomosci, mam wrazenie olbrzymiej checi kolegi do ponizenia nas w obliczu jego osiagniec. Strasznie glupie zachowania, zarty nie na miejscu... Do poczatku lotu zostaje jednak przy nas... Lecimy w ta sama strone o tej samej godzinie...
Reszta kiedy indziej.
Dzien 13
Chodz to tylko 5 stron w moim notatniczku, byl to jeden z najbardziej ekscytujacych dni dotychczas. Po jezdzie z muratem wysiadamy o 00:20 gdzies w srodku stambulu i jakims dzikim fartem, pytajac wszystkich wokol, z darowanym przez kierowce minibusa 2.6lewy, docieramy do domu naszego hosta Jasina. Chwile gadamy, (zajebiste marzenia) idziemy spac (jeszcze blog). Rano zwiedzanie, soczewki dla kingi. Idzie dobrze. Gdzies tam cos zwiedzamy (nawet fajne nazwy nie szukam) jedziemy na stare miasto (hehe), zwiedzamy Sultanachmed i robimy tam zdjecia(najnizsze z ostatniego uploadu). A potem jest tylko lepiej
Spotykamy siedzacych na chodniku zabawnych ludzi, okazuja sie byc takze travelereami, zagadujemy, uzywaja tak jak my CS-ingu. Podczepiaja nas pod swoja 4 osobowa ekipe i razem zwiedzamy miasto. Grand Bazar to Szit. Nowa nazwa dla tekich miejsc "for tourist only", nie daje rady. Jakims cudem gubimy 3 z nich i zostajac z niesamowicie madrym i rozwaznym w slowach Bobem w 3jke spedzamy reszte dnia. Studiuje Rzezbe, ale juz od roku nie nawidzi sztuki, wiec gra na gitarze(tylko muzyka jest szczera - lol) no i naprawde spedzamy niesamowite popoludnie. Dowiadujemy sie o czyms co sie zwie cannabis oil, wymieniamy argumenty na temat szt.wspolczesnej. Dogadujemy sie co do muzyki. Jest swietnym typkiem,z ktorym wypilismy 2 swieze soki wyciskane z pomaranczy, i z ktorym mam nadzieje sie jeszcze kiesys zobaczyc.
Potem domek, gadanie z Jasinem i jego wpollokatorem Alpem (swietny typiarz) Moze potem dopisze o jego Przygodach z armii. Teraz ide spac do Mojego pokju na pietrze, w Delhi. Jutro dopisze reszte. Zdaze. Musze...
Z rad, to jeszcze jest taka zeby nie chorowac w podrozy. Bo zupelnie nie warto, a jak sie okazuje nie wszystkie lekarki mowia po Angielsku. Bol nie sprzyja zadnemu zwiedzaniu... Wiec rada No.7 - Nie chorowac.
Spotykamy siedzacych na chodniku zabawnych ludzi, okazuja sie byc takze travelereami, zagadujemy, uzywaja tak jak my CS-ingu. Podczepiaja nas pod swoja 4 osobowa ekipe i razem zwiedzamy miasto. Grand Bazar to Szit. Nowa nazwa dla tekich miejsc "for tourist only", nie daje rady. Jakims cudem gubimy 3 z nich i zostajac z niesamowicie madrym i rozwaznym w slowach Bobem w 3jke spedzamy reszte dnia. Studiuje Rzezbe, ale juz od roku nie nawidzi sztuki, wiec gra na gitarze(tylko muzyka jest szczera - lol) no i naprawde spedzamy niesamowite popoludnie. Dowiadujemy sie o czyms co sie zwie cannabis oil, wymieniamy argumenty na temat szt.wspolczesnej. Dogadujemy sie co do muzyki. Jest swietnym typkiem,z ktorym wypilismy 2 swieze soki wyciskane z pomaranczy, i z ktorym mam nadzieje sie jeszcze kiesys zobaczyc.
Potem domek, gadanie z Jasinem i jego wpollokatorem Alpem (swietny typiarz) Moze potem dopisze o jego Przygodach z armii. Teraz ide spac do Mojego pokju na pietrze, w Delhi. Jutro dopisze reszte. Zdaze. Musze...
Z rad, to jeszcze jest taka zeby nie chorowac w podrozy. Bo zupelnie nie warto, a jak sie okazuje nie wszystkie lekarki mowia po Angielsku. Bol nie sprzyja zadnemu zwiedzaniu... Wiec rada No.7 - Nie chorowac.
piątek, 20 sierpnia 2010
8-14
Jako ze i tak nie zdaze opisac wszystkiego tak dokladnie jak chce, zaczynam myslec o rozwiazaniu posrednim. Bede dokladnie pisac o czasach w ktorych sie znajduje a skipowac te ktore juz minely. Jasne ? :-P
Dzien 8
-Wypad z Budsapesztu w Samochodzie wypakowanym dzieciakami
-Potem spotkalismy Zlego czlowieka w Constantie, ktory wcisnal nam tyle Bullszitu... Bylismy przerazeni samym byciem na wybrzezu. Gypsies, Gypsies my friends, be carful dej wil rob ju and fak u... Ale bylo mega zajebiscie.
-Spanie na plazy, troche jeszcze przesraszeni. Oczywiscie nic sie nie stalo :-D
Dzien 9
Chyba najwolniejszy i leniwy. Do 15 nie zrobilismy totalnie nic. Zar lal sie z nieba (smieszny idiom). Lezelismy, plywalismy, czytalismy. Wszystko. Potem Szoping (calkiem udany musze powiedziec) i obiad w taniej szamodajni. Wyjezdzamy za miasto prowadzeni jak za raczke przez 2-jke licealistow(Joana i Rado) Po czym lapiemy stopa, ktory sporo wprowadza w nasza wyprawe. Ana i Catalin jada wlasnie na weekend do Vama Veche z Bukaresztu, w ktorym spedzaja cale swoje zycie. Sa ostro wkurzeni na normalna codziennosc i sporo rzeczy zwiazanych z Polityka i obrotami niektorych spraw w rumunii (sa po Political Science) Tak wiec jedziemy z nim ciagle rozmawiajac, po czym po wysiadce okazuje sie ze spedzamy rowniez z nimi wieczor a jak sie okaze potem caly nasz pobyt w Vama.
Vama veche - Wodstok 24/7 przez calutkie wakacje. Cale gromady brudoidow, metaloidow, Reggemanor, rastazbokow i wszystkich dziwnie wygladajacych mieszkancow ziemi mieszaja sie z Posh-peopelsami, ktorzy uslyszeli o egzotyce vama. Wioska jeszcze 10 lat wstecz nieznana przez normalnych turystow a jedynie przez wspomnianych odszczepiencow byla odkokiem od cywilizacji. Teraz po wybudowaniu drogi (omg) cywilizacja wchlonela dawny koczowniczy wyglad Vamna ale pozostawila ducha. Nie wiem jak oceniac, wszyscy turysci mowia "ooo wy takze znalezliscie Vama" Wszystkie Ufole mowia "5 lat temu to jeszcze bylo Vama, teraz pelno tu turystow z dziecmi..." Dla kazdego...
Tak wiec dni 9-nic nie zrobic (wieczor), 10-dzien chorobska, 11-nic nie zrobin no2, 12-sequel chorobska (poranek)spedzamy w Vama. Gdyby nie moja choroba, wlasciwie nazwalbym je nudnawe. Naprawde nic sie tam nie dzieje a najwieksza atrakcja tych 3 dni byly chyba moje czerwone siki. Tak wiec obijamy sie jak tylko sie da chociaz jestem mocno spragniony dalszego przemieszczania mojej lewej nerki (albo czaszki) nie oddzielajac jej od reszty na poludnie. Ale coz nie zawsze chciec to miec. Musze wspomniec tez o Rybodajni (niesamowite miejsce) gdzie panowie rybaki o 5 rano plyna w morze nalowic ryb, aby o 12 podawac z nich przepyszne dania... W menu slimaki, krewety, olbrzymia plaszczka... My jemy zupe, w ktorej plywaja(sic) cale ryby (z glowka i ogonkiem). Przepycha. Mily wlasciciel po rozmowie z nim daje nam posilek za darmo, chociaz nie zachowalismy sie zbyt milo obiecujac mu wyplyniecie z rybakami w morze, a potem nie informujac go o zmianie planu...
Mysle ze bycie packpakerem ma specyficzny graniczny punkt. Juz prawie jest sie zebrakiem, gotowym na akceptacje pomocy od kazdej proponujacej osoby. Delikatne wymuszanie pomocy tez jest akceptowalne. Pytanie jest jak daleko ty jestes w stanie o ta pomoc zabiegac. Ana i catalin zasponsorowali nas na jakies 30 zl.Niejest to duza suma. Na poczatku odmawialismy po czym po 3 dniach, po skonczeniu sie waluty, sami prosilismy ludzi pod sklepem o dozucenie nam 2 lei do wody. Nie Wiem sam jak mam to oceniac. Co wolno w podrozy a co w domu. A moze to ten sam zestaw praw i nie powinnismy akceptowac czy wymuszac tego typu pomocy. Fakt jest taki ze za benzyne, spanie nie placimy. Dalej sie pozastanawiam bo sam czuje sie z tym nieswojo. Moze to wlasnie wyznacznik czego trza sie trzymac? Nieswojosc?
Rano dnia 12 mam nawrot mega sikanka, ale do 12 calkiem przechodzi. To ten dzien kiedy prosimy o kase na wode (musze sie przyznac ze na leki tez) i jedziemy dalej na polnoc. Lapiemy niesamowitego stopa ale przyspieszajac piowiem tylko o tym ze mial na imie George.
Wysadzewni w Nessebarze, miescinie najbardziej turystycznej i obsranej malymi kramikami wypchanymi turystycznym szitem w moim zyciu. Jest strasznie. Nawet jesli architektura wysepki jest naprawde malownicza i urocza, to i tak spod tego gowna wystaje jesynie 10% tego co ladne. Za wyrazenia przepraszam, ale jesli tak ma w przyszlosci wygladac kazde osobliwe miejsce na tej planecie, ja koncze z podrozami. Bezsens posuniety jest do tego stopnia ze na pocztowkach z Nessebaru widnieja wlasnie te turystolapy-kramiki. Dostajesz od znajomych pocztowke z tymi wszystkimi, sprzedajacymi kicz totalny sklepikami i wiesz jak swietne wakacje spedzili, a takze jak ekscytujace i naprawde warte do zwiedzenia miejsce zobaczyli. Koniec nazekania(moze jescze tylko ze na ulicach pelna przeklinajacych bucow z Polski)
Uciekajac z nessebaru lapiemy stopa rozbijajacego sie jakims niesamowitym mercem kolesia (nie to co ogorek Georga) i przemieszczajac sie do tej pory najwieksza predkoscia wynoszaca 170km/h dojezdzamy do jakiejs stacji. Potemjeszcze stop, drogi. Straszliwy fart, nie czekamy dluzej niz 10 min, potem nie czekamy dluzej niz 2. Dojezdzamy do miesciny Malko tarnovo i myslac ze tam zginiemy w tej zabitej dechami miescinie, po 20 min, lapiemy stopa do pierszego wiekszego miasta w Turcji (nazwe zapomnnialem i nie chce mi sie sprawdzac). Po czym kolejnego, dziwacznego i napalonego, nic niemowiacego w jezyku znanym Murata po kolejnych 5 min. Niesamowicie Fartowny dzien. Opisalbym Murata z deka dokladniej ale jeszcze dzis chce napisac o Delhi skad pisze i nie wystarczy mi sil... Chyba...
Dzien 8
-Wypad z Budsapesztu w Samochodzie wypakowanym dzieciakami
-Potem spotkalismy Zlego czlowieka w Constantie, ktory wcisnal nam tyle Bullszitu... Bylismy przerazeni samym byciem na wybrzezu. Gypsies, Gypsies my friends, be carful dej wil rob ju and fak u... Ale bylo mega zajebiscie.
-Spanie na plazy, troche jeszcze przesraszeni. Oczywiscie nic sie nie stalo :-D
Dzien 9
Chyba najwolniejszy i leniwy. Do 15 nie zrobilismy totalnie nic. Zar lal sie z nieba (smieszny idiom). Lezelismy, plywalismy, czytalismy. Wszystko. Potem Szoping (calkiem udany musze powiedziec) i obiad w taniej szamodajni. Wyjezdzamy za miasto prowadzeni jak za raczke przez 2-jke licealistow(Joana i Rado) Po czym lapiemy stopa, ktory sporo wprowadza w nasza wyprawe. Ana i Catalin jada wlasnie na weekend do Vama Veche z Bukaresztu, w ktorym spedzaja cale swoje zycie. Sa ostro wkurzeni na normalna codziennosc i sporo rzeczy zwiazanych z Polityka i obrotami niektorych spraw w rumunii (sa po Political Science) Tak wiec jedziemy z nim ciagle rozmawiajac, po czym po wysiadce okazuje sie ze spedzamy rowniez z nimi wieczor a jak sie okaze potem caly nasz pobyt w Vama.
Vama veche - Wodstok 24/7 przez calutkie wakacje. Cale gromady brudoidow, metaloidow, Reggemanor, rastazbokow i wszystkich dziwnie wygladajacych mieszkancow ziemi mieszaja sie z Posh-peopelsami, ktorzy uslyszeli o egzotyce vama. Wioska jeszcze 10 lat wstecz nieznana przez normalnych turystow a jedynie przez wspomnianych odszczepiencow byla odkokiem od cywilizacji. Teraz po wybudowaniu drogi (omg) cywilizacja wchlonela dawny koczowniczy wyglad Vamna ale pozostawila ducha. Nie wiem jak oceniac, wszyscy turysci mowia "ooo wy takze znalezliscie Vama" Wszystkie Ufole mowia "5 lat temu to jeszcze bylo Vama, teraz pelno tu turystow z dziecmi..." Dla kazdego...
Tak wiec dni 9-nic nie zrobic (wieczor), 10-dzien chorobska, 11-nic nie zrobin no2, 12-sequel chorobska (poranek)spedzamy w Vama. Gdyby nie moja choroba, wlasciwie nazwalbym je nudnawe. Naprawde nic sie tam nie dzieje a najwieksza atrakcja tych 3 dni byly chyba moje czerwone siki. Tak wiec obijamy sie jak tylko sie da chociaz jestem mocno spragniony dalszego przemieszczania mojej lewej nerki (albo czaszki) nie oddzielajac jej od reszty na poludnie. Ale coz nie zawsze chciec to miec. Musze wspomniec tez o Rybodajni (niesamowite miejsce) gdzie panowie rybaki o 5 rano plyna w morze nalowic ryb, aby o 12 podawac z nich przepyszne dania... W menu slimaki, krewety, olbrzymia plaszczka... My jemy zupe, w ktorej plywaja(sic) cale ryby (z glowka i ogonkiem). Przepycha. Mily wlasciciel po rozmowie z nim daje nam posilek za darmo, chociaz nie zachowalismy sie zbyt milo obiecujac mu wyplyniecie z rybakami w morze, a potem nie informujac go o zmianie planu...
Mysle ze bycie packpakerem ma specyficzny graniczny punkt. Juz prawie jest sie zebrakiem, gotowym na akceptacje pomocy od kazdej proponujacej osoby. Delikatne wymuszanie pomocy tez jest akceptowalne. Pytanie jest jak daleko ty jestes w stanie o ta pomoc zabiegac. Ana i catalin zasponsorowali nas na jakies 30 zl.Niejest to duza suma. Na poczatku odmawialismy po czym po 3 dniach, po skonczeniu sie waluty, sami prosilismy ludzi pod sklepem o dozucenie nam 2 lei do wody. Nie Wiem sam jak mam to oceniac. Co wolno w podrozy a co w domu. A moze to ten sam zestaw praw i nie powinnismy akceptowac czy wymuszac tego typu pomocy. Fakt jest taki ze za benzyne, spanie nie placimy. Dalej sie pozastanawiam bo sam czuje sie z tym nieswojo. Moze to wlasnie wyznacznik czego trza sie trzymac? Nieswojosc?
Rano dnia 12 mam nawrot mega sikanka, ale do 12 calkiem przechodzi. To ten dzien kiedy prosimy o kase na wode (musze sie przyznac ze na leki tez) i jedziemy dalej na polnoc. Lapiemy niesamowitego stopa ale przyspieszajac piowiem tylko o tym ze mial na imie George.
Wysadzewni w Nessebarze, miescinie najbardziej turystycznej i obsranej malymi kramikami wypchanymi turystycznym szitem w moim zyciu. Jest strasznie. Nawet jesli architektura wysepki jest naprawde malownicza i urocza, to i tak spod tego gowna wystaje jesynie 10% tego co ladne. Za wyrazenia przepraszam, ale jesli tak ma w przyszlosci wygladac kazde osobliwe miejsce na tej planecie, ja koncze z podrozami. Bezsens posuniety jest do tego stopnia ze na pocztowkach z Nessebaru widnieja wlasnie te turystolapy-kramiki. Dostajesz od znajomych pocztowke z tymi wszystkimi, sprzedajacymi kicz totalny sklepikami i wiesz jak swietne wakacje spedzili, a takze jak ekscytujace i naprawde warte do zwiedzenia miejsce zobaczyli. Koniec nazekania(moze jescze tylko ze na ulicach pelna przeklinajacych bucow z Polski)
Uciekajac z nessebaru lapiemy stopa rozbijajacego sie jakims niesamowitym mercem kolesia (nie to co ogorek Georga) i przemieszczajac sie do tej pory najwieksza predkoscia wynoszaca 170km/h dojezdzamy do jakiejs stacji. Potemjeszcze stop, drogi. Straszliwy fart, nie czekamy dluzej niz 10 min, potem nie czekamy dluzej niz 2. Dojezdzamy do miesciny Malko tarnovo i myslac ze tam zginiemy w tej zabitej dechami miescinie, po 20 min, lapiemy stopa do pierszego wiekszego miasta w Turcji (nazwe zapomnnialem i nie chce mi sie sprawdzac). Po czym kolejnego, dziwacznego i napalonego, nic niemowiacego w jezyku znanym Murata po kolejnych 5 min. Niesamowicie Fartowny dzien. Opisalbym Murata z deka dokladniej ale jeszcze dzis chce napisac o Delhi skad pisze i nie wystarczy mi sil... Chyba...
wtorek, 17 sierpnia 2010
Dzien 8
Starujemy tak jak wczoraj. 10 rano sniadamy, potem do sklepu z Blakem po 2l piwo. Siedzimy i pijemy. Ogladamy film o Teorii spiskowej na WTC. Strasznie jebia na zydow wiec mi sie udziela. Wyobrazam sobie swiat za 100 lat opanowany przez ich organizacje, dowodzacy swiatem. Wyobrazam sobie ludzi myslacych "ehh ten Hitler to mial jednak racje". Co za glupota :-P
Do 15 siedzimy i caly czas rozmawiamy. WWOOF i Kibbutz, Work n' Travel, EVS to plany na nastepna podroz. Rozmawiamy o fascynacji przekretami. Wylazimy z domu chyba tylko po to zeby na chwile jeszcze pobyc turystami? Nie wiem. Plan na dzis: Muzeum narodowe. Tramwaj 41+autobus 300 i jetesmy na placa Victoria. Na nieszczescie trafiamy na muzeum dziedzictwa narodowego (pomyleczka) ktore mozna nazwac poprostu muzeum wsi. Tak jak kazdy, ja tez bylem mega podexcytowany spacerujac pomiedzy miskami, krzyzami, i miotlami a mozliwosc zobaczenia repliki ubijaczki do masla wyzwala ogromne ilosci adrenaliny. Jest Kiepsko.
Decyzje zapadaja szybko. Idziemy do muzeum, nie idziemy. Po drodze mijamy piekny budynek i nie mozemy oprzec sie nie robiac sobie zdjec na jego tle (tourism). W koncu jednak nie idziemy, chcemy dzis dojechac do Constanty, na Rumunskim wybrzezu. Nie mozemy jednak oprzec sie zjedzeniu po roz ostatni Ciorby w Bukareszcie.
Calkiem milo wygladajaca knajpa, sporo ludzi, ceny dla nas. Po oczekiwaniu zamawiamy 2 zupy i lemoniade (tu wszyscy ja chlepca). Chwila oczekiwania cz.2 i dostajey nasz posilek. Zimny. Hehe. Kelner bez przepraszania poprostu zabiera zarcie i przynosi spowrotem (chyba to samo...) cieple. Wkladamy posilek w nas, po czym przy placeniu zostajemy oskrobani o 0.5lei. WTF ? Mniejsza...
Metro, tym razem za darmo przeskakujac przez barierki, zakupy przedwyjazdowe. Chwile rozmawiamy z Julia I Blake-m.
Juz nie mam sily pisac.
Musze cos wymyslic…
Postaram sie jutro przyskipowac troszke I doedytowac tego posta.
Tak duzo jeszcze chce tu wcisnac.
Do 15 siedzimy i caly czas rozmawiamy. WWOOF i Kibbutz, Work n' Travel, EVS to plany na nastepna podroz. Rozmawiamy o fascynacji przekretami. Wylazimy z domu chyba tylko po to zeby na chwile jeszcze pobyc turystami? Nie wiem. Plan na dzis: Muzeum narodowe. Tramwaj 41+autobus 300 i jetesmy na placa Victoria. Na nieszczescie trafiamy na muzeum dziedzictwa narodowego (pomyleczka) ktore mozna nazwac poprostu muzeum wsi. Tak jak kazdy, ja tez bylem mega podexcytowany spacerujac pomiedzy miskami, krzyzami, i miotlami a mozliwosc zobaczenia repliki ubijaczki do masla wyzwala ogromne ilosci adrenaliny. Jest Kiepsko.
Decyzje zapadaja szybko. Idziemy do muzeum, nie idziemy. Po drodze mijamy piekny budynek i nie mozemy oprzec sie nie robiac sobie zdjec na jego tle (tourism). W koncu jednak nie idziemy, chcemy dzis dojechac do Constanty, na Rumunskim wybrzezu. Nie mozemy jednak oprzec sie zjedzeniu po roz ostatni Ciorby w Bukareszcie.
Calkiem milo wygladajaca knajpa, sporo ludzi, ceny dla nas. Po oczekiwaniu zamawiamy 2 zupy i lemoniade (tu wszyscy ja chlepca). Chwila oczekiwania cz.2 i dostajey nasz posilek. Zimny. Hehe. Kelner bez przepraszania poprostu zabiera zarcie i przynosi spowrotem (chyba to samo...) cieple. Wkladamy posilek w nas, po czym przy placeniu zostajemy oskrobani o 0.5lei. WTF ? Mniejsza...
Metro, tym razem za darmo przeskakujac przez barierki, zakupy przedwyjazdowe. Chwile rozmawiamy z Julia I Blake-m.
Juz nie mam sily pisac.
Musze cos wymyslic…
Postaram sie jutro przyskipowac troszke I doedytowac tego posta.
Tak duzo jeszcze chce tu wcisnac.
Chronologicznie 8-13
Dni 7-12
Niestety pisze to 2gi raz. Zawsze czuje to rozgoryczenie spowodowane utrata jak udanego i mmojego tekstu (huuh). Probuje to odtwozyc i wszystko jest sztuczne. Mialo byc tak jak wtedy a wyszlo jakos tak plastikowo. Moze tym razem uda sie poprostu nie piszac tego samego.
Ciezko jest pamietac wszystko. Tak duzo mi ucieka ucieka. Zaluje czasem ze nia mam stalego dostepu do internetu, chociaz z drogiej strony ciagle wkurzam sie poziomem zasrania naszej planety calym tym syfem. Bulgaria jest tego najlepszym przykladem. Niesamowity syf z gilem. Samochod na samochodzie urzadzonko na urzadzonku. Chcialbym moc opisywac wszystko na bierzaco. Dla mnie to podwojne lekcje. Najpierw siedze na wykladzie dawanym przez podroz i notuje w zeszyciku. Potem wertuje i staram sie wszustko ubrac we mnie.
Uwielbiam ten moment forowania sie calego posta. Kiedy jeszcze nie do konca wiem co napisalem, jeszcze nie wiem co napisze. Oczekiwanie na to co zaraz wskoczy miedzy tryby jest tak niesamowicie podniecajace. Wydaje sie ze Pisanie tego co masz w glowie zbliza cie do tego co masz naprawde w glowie. Maslomaslane? Nie jest tak ?
Zawsze jak zastanawiam sie co napisac, przychodzi cala ta chmara frazesow, nic nieznaczacych slow, strasznych nadymanych glupot.Przebicie sie poza te wszystkie nalecialsci i zaslyszalosci przychodzi z trudem, mi. Stukajac w klawisze wertuje mysli w poszukiwaniu czegos bardziej trafnego, nie bedacego zwyklym cliche. Zawsze probuje.
Wczoraj wyobrazilem sobie scene z filmu. To ta, w ktorej zaczynajac od kosmosu, zblizamy sie coraz bardziej do powiezchni ziemi. Kula, kontynent, region, panstwo, wojewodztwo, miasto, dzielnia, blokowisko, ulica, i najazd na Bochatera. Wszystko to samo tylko przebijajac sie przez ta ilosc ludzi, samochodow, wydazen, docieramy do zoltego Volkswagena w ktorym na tylnim siedzeniu siedze ja i patrze sie do gory na sufit. W drodze zauwazasz jak maly jest swiat w ktorym sie obracasz. Jakby jednak nie patrzec, kazdy z nas jest glownym bochaterem.
Ciezko jest pamietac wszystko. Tak duzo mi ucieka ucieka. Zaluje czasem ze nia mam stalego dostepu do internetu, chociaz z drogiej strony ciagle wkurzam sie poziomem zasrania naszej planety calym tym syfem. Bulgaria jest tego najlepszym przykladem. Niesamowity syf z gilem. Samochod na samochodzie urzadzonko na urzadzonku. Chcialbym moc opisywac wszystko na bierzaco. Dla mnie to podwojne lekcje. Najpierw siedze na wykladzie dawanym przez podroz i notuje w zeszyciku. Potem wertuje i staram sie wszustko ubrac we mnie.
Uwielbiam ten moment forowania sie calego posta. Kiedy jeszcze nie do konca wiem co napisalem, jeszcze nie wiem co napisze. Oczekiwanie na to co zaraz wskoczy miedzy tryby jest tak niesamowicie podniecajace. Wydaje sie ze Pisanie tego co masz w glowie zbliza cie do tego co masz naprawde w glowie. Maslomaslane? Nie jest tak ?
Zawsze jak zastanawiam sie co napisac, przychodzi cala ta chmara frazesow, nic nieznaczacych slow, strasznych nadymanych glupot.Przebicie sie poza te wszystkie nalecialsci i zaslyszalosci przychodzi z trudem, mi. Stukajac w klawisze wertuje mysli w poszukiwaniu czegos bardziej trafnego, nie bedacego zwyklym cliche. Zawsze probuje.
Wczoraj wyobrazilem sobie scene z filmu. To ta, w ktorej zaczynajac od kosmosu, zblizamy sie coraz bardziej do powiezchni ziemi. Kula, kontynent, region, panstwo, wojewodztwo, miasto, dzielnia, blokowisko, ulica, i najazd na Bochatera. Wszystko to samo tylko przebijajac sie przez ta ilosc ludzi, samochodow, wydazen, docieramy do zoltego Volkswagena w ktorym na tylnim siedzeniu siedze ja i patrze sie do gory na sufit. W drodze zauwazasz jak maly jest swiat w ktorym sie obracasz. Jakby jednak nie patrzec, kazdy z nas jest glownym bochaterem.
Dzien 7
Dzien 7 opisywany dnia 12 nie bedzie tym samym dniem 7. Wertowanie stron notatniczka pozostaje.
O 10 wstajemy, sniadamy, ogladamy Real Hustle (polecam), gadamy. Mysle ze Blake jest naprawde niesamowitym typkiem. Bardzo cenie sobie jego towarzystwo i juz po pierwszym wspolnym wieczorze i sniadaniu, palam do niego nielada sympatia.
Plan jest taki: -muzeum szt. wspl. -parlament -muzeum narodowe -centrum
Plan byl, mialo byc dobrze i bylo... O 12 zaczynamy wyprawe i do 14 odnajdujemy muzeum. Znajduje sie na poludniowym skrzydle Budynku parlamentu (2gi najwiekszy budynek swiata) ktory my zaczynamy od polnocy na zachod potem z zachodu spowrotem przez polnoc(z wejsciem do parlamentu, wszystkie bilety dla zwiedzajacych zabukowane) na wschod i w koncu udaje nam sie dowiedziec co i jak, dochodzimy do myzeum po 1.5h spaceru w 40 stopniowym upale.|
Muzeum okazuje sie muzeum sztuki prawdziwie Wspolczesnej przez W, wiec po wystawie zwierzatek rezygnujemy bo nic odkrywczego nas tu nie spotka. Strasznie mi przykro ze takie muzea naprawde istnieja. Nie wiem zupelnie poco pokazywac cokolwiek, bez podisow, bez kontekstu. Zbior prac dotykajacych tematyki zwierzat ? A widz ma sie dowiedziec jak maluje sie zwierzeta? WTF? To chyba nie o to chodzi w Wspolczesniej sztuce. Moze sie myle.
Potem Kilka fotek dzieciakow w fontannie, zakupy na glownym bulwarze, potem plac umiri, maly spacer miedzy budyneczkami. Jest niesamowicie. Pieski dopelniaja obrazka. Wszedzie straganki ze starociami na zmiane z mega architektura. Kupujemy zdjecie z 1900 roku przebrane z kupki, spomiedzy dagerotypow i innych starych fotografii. Nastepnym razem kupimy wiecej. Nastepnym
Zdjecia czaja sie tu jedno za drugim. Jest mnogo od ludzi, ulicznych bawiarzy, ale nie jest o dziwo specjalnie turystycznie. Nie wyglada to jak plac Dam w Amsterdamie, wrecz przeciwnie. Jest tu nustwo codziennej naturalnosci. Dochodzimy do wielkiego budynku Biblioteke i bez pytania wbijamy sie do tego niezwykle pachnacego starymi kartkami i suchym drewnem Budynku. Jest przecudnie. Niestety nie mozey zobaczyc ksiazek, jest zamknieta do konca wakacji, ale widzimy tysiace szufladek ze spisem ksiag rozrzuceonych po wielkiej sali poprzebijnej Ogromiastymi witrazowymi oknami. Dech zapiera.
Najbardziej niesamowitym dla mnie momentem jest wejscie do Megastarego (1400?) Kosciolka Ortodoksyjnych Prawoslawian. Od progu delikatnie atakuja zapachy kadzidel, drewna, duwanow i swiec. Potem z prawej i krok dalej takze z lewej strony daja ie slyszec meskie, ambientowe, mruczane spiewy. Cos nieopisywalnego. Jest w nich prawdziwa swietosc. Rozwala mnie to doszczetnie. Jesli cokolwiek mozna glosic takimi spiewami to wlasnie glosic ze sie wierzy bardzo bardzo mocno. Kobiety lezace na ziemi w modlach i pani w czarnej sutannie, ktorej pozwalam sobie zrobic zdjecie. Zauwaza mnie, spoglada przez sekunde gleboko w oczy, poczym przyjaznie usmiecha sie i dalej oddaje sie modlitwie. Wychodze z tamtas z glowa pelna mysli o wierze. Przez chwile chce wrocic, ale nie decyduje sie. Nie chce psuc sobie tego wrazenia. Nie chce im przeszkadzac. Po wyjsciu dogania nas zakonnica i wrecza 2 laminowane ikony. Widziala jak wielkie wrazenie na mnie, nas wywarli. Pierwszy raz poczulem.
Wracamy do mieszkania Blake. Jestem zadowolony ze znow moge z nim porozmawiac. Niesamowicie inspirujacy a przy tym zupelnie wyluzowany i zabawny. Pijemy wino, jakis lekarstwowy napitek i cwike. Regionalny 20% napoj z japcokow. Naprawde przesmaczny, szczegolnie ze wyprodukowany miedzy innymi przez naszego hosta.
Potem w nocy pisze jeszcze chwile Bloga. Czuje sie niesamowicie zadowolony ze moge go pisac. Czuje ze ucze sie po dwokroc. Raz jadac a dwa piszac i analizujac to co sie wydazylo. Opisujac i dodajac element wrazenia. Czuje ze zadna analiza ani algebra nie dja mi tyle co to absurdalne przezucanie dupy z miejsca na miejsce.
Tym razem rad jest brak. Trudno
O 10 wstajemy, sniadamy, ogladamy Real Hustle (polecam), gadamy. Mysle ze Blake jest naprawde niesamowitym typkiem. Bardzo cenie sobie jego towarzystwo i juz po pierwszym wspolnym wieczorze i sniadaniu, palam do niego nielada sympatia.
Plan jest taki: -muzeum szt. wspl. -parlament -muzeum narodowe -centrum
Plan byl, mialo byc dobrze i bylo... O 12 zaczynamy wyprawe i do 14 odnajdujemy muzeum. Znajduje sie na poludniowym skrzydle Budynku parlamentu (2gi najwiekszy budynek swiata) ktory my zaczynamy od polnocy na zachod potem z zachodu spowrotem przez polnoc(z wejsciem do parlamentu, wszystkie bilety dla zwiedzajacych zabukowane) na wschod i w koncu udaje nam sie dowiedziec co i jak, dochodzimy do myzeum po 1.5h spaceru w 40 stopniowym upale.|
Muzeum okazuje sie muzeum sztuki prawdziwie Wspolczesnej przez W, wiec po wystawie zwierzatek rezygnujemy bo nic odkrywczego nas tu nie spotka. Strasznie mi przykro ze takie muzea naprawde istnieja. Nie wiem zupelnie poco pokazywac cokolwiek, bez podisow, bez kontekstu. Zbior prac dotykajacych tematyki zwierzat ? A widz ma sie dowiedziec jak maluje sie zwierzeta? WTF? To chyba nie o to chodzi w Wspolczesniej sztuce. Moze sie myle.
Potem Kilka fotek dzieciakow w fontannie, zakupy na glownym bulwarze, potem plac umiri, maly spacer miedzy budyneczkami. Jest niesamowicie. Pieski dopelniaja obrazka. Wszedzie straganki ze starociami na zmiane z mega architektura. Kupujemy zdjecie z 1900 roku przebrane z kupki, spomiedzy dagerotypow i innych starych fotografii. Nastepnym razem kupimy wiecej. Nastepnym
Zdjecia czaja sie tu jedno za drugim. Jest mnogo od ludzi, ulicznych bawiarzy, ale nie jest o dziwo specjalnie turystycznie. Nie wyglada to jak plac Dam w Amsterdamie, wrecz przeciwnie. Jest tu nustwo codziennej naturalnosci. Dochodzimy do wielkiego budynku Biblioteke i bez pytania wbijamy sie do tego niezwykle pachnacego starymi kartkami i suchym drewnem Budynku. Jest przecudnie. Niestety nie mozey zobaczyc ksiazek, jest zamknieta do konca wakacji, ale widzimy tysiace szufladek ze spisem ksiag rozrzuceonych po wielkiej sali poprzebijnej Ogromiastymi witrazowymi oknami. Dech zapiera.
Najbardziej niesamowitym dla mnie momentem jest wejscie do Megastarego (1400?) Kosciolka Ortodoksyjnych Prawoslawian. Od progu delikatnie atakuja zapachy kadzidel, drewna, duwanow i swiec. Potem z prawej i krok dalej takze z lewej strony daja ie slyszec meskie, ambientowe, mruczane spiewy. Cos nieopisywalnego. Jest w nich prawdziwa swietosc. Rozwala mnie to doszczetnie. Jesli cokolwiek mozna glosic takimi spiewami to wlasnie glosic ze sie wierzy bardzo bardzo mocno. Kobiety lezace na ziemi w modlach i pani w czarnej sutannie, ktorej pozwalam sobie zrobic zdjecie. Zauwaza mnie, spoglada przez sekunde gleboko w oczy, poczym przyjaznie usmiecha sie i dalej oddaje sie modlitwie. Wychodze z tamtas z glowa pelna mysli o wierze. Przez chwile chce wrocic, ale nie decyduje sie. Nie chce psuc sobie tego wrazenia. Nie chce im przeszkadzac. Po wyjsciu dogania nas zakonnica i wrecza 2 laminowane ikony. Widziala jak wielkie wrazenie na mnie, nas wywarli. Pierwszy raz poczulem.
Wracamy do mieszkania Blake. Jestem zadowolony ze znow moge z nim porozmawiac. Niesamowicie inspirujacy a przy tym zupelnie wyluzowany i zabawny. Pijemy wino, jakis lekarstwowy napitek i cwike. Regionalny 20% napoj z japcokow. Naprawde przesmaczny, szczegolnie ze wyprodukowany miedzy innymi przez naszego hosta.
Potem w nocy pisze jeszcze chwile Bloga. Czuje sie niesamowicie zadowolony ze moge go pisac. Czuje ze ucze sie po dwokroc. Raz jadac a dwa piszac i analizujac to co sie wydazylo. Opisujac i dodajac element wrazenia. Czuje ze zadna analiza ani algebra nie dja mi tyle co to absurdalne przezucanie dupy z miejsca na miejsce.
Tym razem rad jest brak. Trudno
czwartek, 12 sierpnia 2010
Dzien 6
Czesto zaczynam pisac od jakiegos slowa, ale w trakcie pisania, tuz po pierwszej literze, przestaje mi sie podobac. Nie skreslam, kasuje tej litery, tylko zaczynam od innego slowa, zaczynajacego sie ta wlasnie litera. Zastanawiam sie czy moglbym sobie wylosowac pierwsze litery na kazdy z 66 dni, i czy dalej pozostaloby ta sama opowiescia?
Rada No6. Zero napinki. Poprostu. Jeszcze kiedys tu przyjedziesz. Chyba.
Po zozeniu namiotu w powietrzu, po minionej, ciezkiej nocy, kierujemy sie w strone baru i drogi. Po drodze spotykamy Babinke, te umocowana wczoraj do krow, zrzucajaca mokre po nocnym deszczu siano z gory stogu. Nie rozumiemy sie ni krzty, ale chyba dobrze sie rozumiemy. Roztacza spokojna atmosfere, az chce sie isc dalej. Kinka przez chwile robi jej zdjecia i kierujemy sie dalej, w dol zbocza. W Barku, do goracej wody dodajemy nowe odkrycie Kinki z Wawy. Owsianka instant. Czyli Proszek+woda=nagroda, w tym przypadku 200g bialej brei, kojazacej mi sie jedynie z matrixowym jedzonkiem z Nabuhodonozora... Wchlaniam ja coby nabrac sil, i na droge. Nie czekamy wiecej niz 5 min. Zatrzymuje sie Frigo-truck mrozonka, wiozacy cala pake rybek z norwegi jak i leciuchno napalonego Turczyna za kierownica. Wsiadamy, lekko niepewnie, czy aby bezpiecznie z nim jechac? Dlugo sie nie musimy martwic, bo ups, psuje sie Lodowa. Rybki chyba nie dojada tak latwo do Tucji tym razem. Ale mam nadzieje ze w Istambule, ok 15mln city, nie zgina z glodu bez tej jednej ciezarowy. Kolejny stop, Nr15 juz, Milutki i pulchniutki Rumun (obywatel Rumuni a nie jakis rom, czy jak kojazy sie nam jakis cygan czy inny brazowoskory), pierwszy jak dotad w Rumunii. Zna dobrze angielski i swietnie nam sie gada, do czasu gdy calkowicie zmaga nas sennosc.
Wlasciwie nie rozgryzlem dlaczego podczas Hitch-hickowania czlowiek tak bardzo sie meczy. Stres? Ciagla gadka? Brak pewnosci i zaufania? Moze jest tez to spowodowane faktem, ze jadac wykonuje sie swoje zadanie, prace? To w bezczynnym siedzeniu na tylniej kanapie Auta wykonuje sie prawdziwa praca. Najlatwiejsza praca - siedziec.
Tak wiec z panem pulchniutkim, jedziemy wprost do Bukaresztu, przemiezajac drogi wijace sie pomiedzy najpiekniejszymi gorami jakie w zyciu widzialem. Skaly wiszace wlasciwie nad samochodami, zielen polaczona z rudym odcieniem skal. Niesamowite. Trzeba ty bedzie wrocic, Kiedys...
Zostajemy wysadzeni niedaleko naszego miejsca spotkania, (McDonald's lol) i juz po chwili spotykamy Blake'a. Co za czlowiek. Oszczedny w ruchach, lekko skradajacy sie Amerykaniec. nJeden z tych ktorzy opowiadaja najsmiesniejsze zarty swiata bez drgniecia wargi. Swietny akcent, usposobienie. Przez te 2 dni, bedziemy miec okazje dowiedziec sie kim tak naprawde pan Blake jest. Mysle ze to dosyc obszerny temat, ale w skrocie, Jakis rok i pol temu, wyruszyl do Europy popodrozowac troche, odnalezc siebie, zrozumiec. Jedzil w ta, nazad i spowrotem zeby ostatecznie po zwiedzeniu wszystkiego czego sie da (Egipt i Izrael tez), w koncu w Rumunii odnalezc swoja malzonke i przyszla matke juz kopiacej corki. Podroz zycia. Nie wspomne o tym ze jest niezly na gieldzie, byl w Navy, studiowal w Mexyku i nie mam pojecia co robi na tej planecie.
Przemieszczamy sie, bez kasowania biletu oczywiscie, do jego mieszkanka. Calkiem schludne, ok50m, 2 pokoje. Kapiel, chwile przed internetem. Gadka szmatka i dzwonek do dzwi. Smiac mi sie chce jak mysle o tym co nas spotkalo. 65+ Babcia (nie ta od krow) wbija sie do mieszkania Fountainow(nazwisko Blake'a) i zaczyna jak gestapo, wypytywac nas o to co tu robimy, jak gdzie i poco, czemu jestesmy tu, mozna przecie w Hotelu.Przemienia sie na rosyjski i znowu. Razem z B i K zdezorientowani, staramy sie rozmawiac lagodnie i po chwili wywiadu osobistego i stwierdzeniu ze kinga lepiej uczyla sie ruskiego w szkole(hehe), babinka opuszcza nasze lokum. Okazuje sie ze byla to wlascicielka, ktora jest ekstremalnie dziwna i nie trzeba sie nia przejmowac. Aczkolwiek bylo zabawnie :-D
Przychodzi Julia, oblucja, 2 kolka wokol mieszkania, kupujemy plastikowe pivo , idziemy na kolacje i Film (Menderlay Larsa von Triera!!) Zarcie jest Wyborne. Kinga ma salatke ze swiezych warzyw, ja tace z serami, oliwkami i pomidorkami. Naprawde Swietne.Potem Mendarley, co prawda bez napisow, ale na szczescie po 5 dniach angielski zdazyl powrocic w takim stopniu, ze ogarnalem sprawe Piwo pomaga w trudniejszych momentach. Kierujemy sie na piechote do mieszkania, caly czas rozmawiajac. Mijami kilkanascie bezdomnych psow, podobno jakis czas temu mozna bylo ich spotkac tu ok 0.5mln, teraz jest juz zdecydowanie lepiej, chociaz wladze musialy sie zdecydowac na dosyc drastyczne metody oczyszczania miasta.
Kolejny prysznic (nie da rady raz dziennie z 40 stopniowym upalem, Kilka chwil dla Bloga i o 3, jak dzis spac. Coz... Nudka...
Nie do konca wiem co myslec o tym dziwnym precedensie. Jak by go nie nazwac, ogladanie swiata, podrozowanie czy poprostu troche bardziej zamaszyste przesuwanie dupska po mapie, to idiotyczne. Narazanie sie na cokolwiek innego i niepewnego. Jak latwo jest NIEwyjezdzac. Staram sie nie myslec CZY podrozowac. Obecna jest przy mnie ciagle mysl, wszedzie lepiej, niz tu gdzie jestem. Troche to odczuwam. Co prawda to dopiero 7 dzien, ale smak SlodkoGozki pojawil sie juz pierwszego. Pzekitrasmy sie na 2 koniec ziemi zeby... Z innej zas, naprawde nie moge sie doczekac. Zupelnie nie moge sie doczekac wszystkiego. Jutra, pojutrza, lotu, Indii, lotu w 2-ga, szkoly, 2-giej szkoly. Ciagle malo. Jakbym tylko czekal na jutro a dzis juz jest troszke nie wazne, przestazale. To ma sens ??
Jeszcze Rumunia. Bede walczyl ze stereotypem, jako Rumuni to sa te zebrajace chlystki na centralnym. Rumunie to nie sa Romowie! Delikatna roznica. Mysle ze jest to najbardziej podobny do polski kraj ze wszystich w ktorych bylem. Wszystko tak samo od szkolnictwa, przez przepisy a nawet walula to w przyblizeniu 1Lei=1zl. Polecam kazdemu zamachnac swoim tlustym i zadomialym dupskiem zobaczyc ten cudny kraj z przepycha kuchnia.
Spac. Znow dzien w plecy. Jutro nadrobie. Chyba.
Za bledy znow przepraszam. Moze ktos je potem naprawi. Za ortografie tez przepraszam.
Rada No6. Zero napinki. Poprostu. Jeszcze kiedys tu przyjedziesz. Chyba.
Po zozeniu namiotu w powietrzu, po minionej, ciezkiej nocy, kierujemy sie w strone baru i drogi. Po drodze spotykamy Babinke, te umocowana wczoraj do krow, zrzucajaca mokre po nocnym deszczu siano z gory stogu. Nie rozumiemy sie ni krzty, ale chyba dobrze sie rozumiemy. Roztacza spokojna atmosfere, az chce sie isc dalej. Kinka przez chwile robi jej zdjecia i kierujemy sie dalej, w dol zbocza. W Barku, do goracej wody dodajemy nowe odkrycie Kinki z Wawy. Owsianka instant. Czyli Proszek+woda=nagroda, w tym przypadku 200g bialej brei, kojazacej mi sie jedynie z matrixowym jedzonkiem z Nabuhodonozora... Wchlaniam ja coby nabrac sil, i na droge. Nie czekamy wiecej niz 5 min. Zatrzymuje sie Frigo-truck mrozonka, wiozacy cala pake rybek z norwegi jak i leciuchno napalonego Turczyna za kierownica. Wsiadamy, lekko niepewnie, czy aby bezpiecznie z nim jechac? Dlugo sie nie musimy martwic, bo ups, psuje sie Lodowa. Rybki chyba nie dojada tak latwo do Tucji tym razem. Ale mam nadzieje ze w Istambule, ok 15mln city, nie zgina z glodu bez tej jednej ciezarowy. Kolejny stop, Nr15 juz, Milutki i pulchniutki Rumun (obywatel Rumuni a nie jakis rom, czy jak kojazy sie nam jakis cygan czy inny brazowoskory), pierwszy jak dotad w Rumunii. Zna dobrze angielski i swietnie nam sie gada, do czasu gdy calkowicie zmaga nas sennosc.
Wlasciwie nie rozgryzlem dlaczego podczas Hitch-hickowania czlowiek tak bardzo sie meczy. Stres? Ciagla gadka? Brak pewnosci i zaufania? Moze jest tez to spowodowane faktem, ze jadac wykonuje sie swoje zadanie, prace? To w bezczynnym siedzeniu na tylniej kanapie Auta wykonuje sie prawdziwa praca. Najlatwiejsza praca - siedziec.
Tak wiec z panem pulchniutkim, jedziemy wprost do Bukaresztu, przemiezajac drogi wijace sie pomiedzy najpiekniejszymi gorami jakie w zyciu widzialem. Skaly wiszace wlasciwie nad samochodami, zielen polaczona z rudym odcieniem skal. Niesamowite. Trzeba ty bedzie wrocic, Kiedys...
Zostajemy wysadzeni niedaleko naszego miejsca spotkania, (McDonald's lol) i juz po chwili spotykamy Blake'a. Co za czlowiek. Oszczedny w ruchach, lekko skradajacy sie Amerykaniec. nJeden z tych ktorzy opowiadaja najsmiesniejsze zarty swiata bez drgniecia wargi. Swietny akcent
Przemieszczamy sie, bez kasowania biletu oczywiscie, do jego mieszkanka. Calkiem schludne, ok50m, 2 pokoje. Kapiel, chwile przed internetem. Gadka szmatka i dzwonek do dzwi. Smiac mi sie chce jak mysle o tym co nas spotkalo. 65+ Babcia (nie ta od krow) wbija sie do mieszkania Fountainow(nazwisko Blake'a) i zaczyna jak gestapo, wypytywac nas o to co tu robimy, jak gdzie i poco, czemu jestesmy tu, mozna przecie w Hotelu.Przemienia sie na rosyjski i znowu. Razem z B i K zdezorientowani, staramy sie rozmawiac lagodnie i po chwili wywiadu osobistego i stwierdzeniu ze kinga lepiej uczyla sie ruskiego w szkole(hehe), babinka opuszcza nasze lokum. Okazuje sie ze byla to wlascicielka, ktora jest ekstremalnie dziwna i nie trzeba sie nia przejmowac. Aczkolwiek bylo zabawnie :-D
Przychodzi Julia, oblucja, 2 kolka wokol mieszkania, kupujemy plastikowe pivo , idziemy na kolacje i Film (Menderlay Larsa von Triera!!) Zarcie jest Wyborne. Kinga ma salatke ze swiezych warzyw, ja tace z serami, oliwkami i pomidorkami. Naprawde Swietne.Potem Mendarley, co prawda bez napisow, ale na szczescie po 5 dniach angielski zdazyl powrocic w takim stopniu, ze ogarnalem sprawe Piwo pomaga w trudniejszych momentach. Kierujemy sie na piechote do mieszkania, caly czas rozmawiajac. Mijami kilkanascie bezdomnych psow, podobno jakis czas temu mozna bylo ich spotkac tu ok 0.5mln, teraz jest juz zdecydowanie lepiej, chociaz wladze musialy sie zdecydowac na dosyc drastyczne metody oczyszczania miasta.
Kolejny prysznic (nie da rady raz dziennie z 40 stopniowym upalem, Kilka chwil dla Bloga i o 3, jak dzis spac. Coz... Nudka...
Nie do konca wiem co myslec o tym dziwnym precedensie. Jak by go nie nazwac, ogladanie swiata, podrozowanie czy poprostu troche bardziej zamaszyste przesuwanie dupska po mapie, to idiotyczne. Narazanie sie na cokolwiek innego i niepewnego. Jak latwo jest NIEwyjezdzac. Staram sie nie myslec CZY podrozowac. Obecna jest przy mnie ciagle mysl, wszedzie lepiej, niz tu gdzie jestem. Troche to odczuwam. Co prawda to dopiero 7 dzien, ale smak SlodkoGozki pojawil sie juz pierwszego. Pzekitrasmy sie na 2 koniec ziemi zeby... Z innej zas, naprawde nie moge sie doczekac. Zupelnie nie moge sie doczekac wszystkiego. Jutra, pojutrza, lotu, Indii, lotu w 2-ga, szkoly, 2-giej szkoly. Ciagle malo. Jakbym tylko czekal na jutro a dzis juz jest troszke nie wazne, przestazale. To ma sens ??
Jeszcze Rumunia. Bede walczyl ze stereotypem, jako Rumuni to sa te zebrajace chlystki na centralnym. Rumunie to nie sa Romowie! Delikatna roznica. Mysle ze jest to najbardziej podobny do polski kraj ze wszystich w ktorych bylem. Wszystko tak samo od szkolnictwa, przez przepisy a nawet walula to w przyblizeniu 1Lei=1zl. Polecam kazdemu zamachnac swoim tlustym i zadomialym dupskiem zobaczyc ten cudny kraj z przepycha kuchnia.
Spac. Znow dzien w plecy. Jutro nadrobie. Chyba.
Za bledy znow przepraszam. Moze ktos je potem naprawi. Za ortografie tez przepraszam.
środa, 11 sierpnia 2010
Dzien 5
Dzis juz w Bukuresti. 2 dni w podrozy, zeby tylko zobaczyc to przedziwne miasto.
Zauwazylam ze duzo lepiej mi pisac kiedy jestem napreawde zmeczony, nierozproszony, zapatrzony w ekran. Wiem co chce wtedy napisac, a z chaosu doznan wylazi samo wrazenie.
Z rad, to rada No5 bedzie o tym jak warto rozmawiac ze swoim Partnerem podczas podrozy. A wiec warto. Slowa maja sporo znaczen a jesli nie uzgodnicie wspolnie jakie znaczenie maja wasze slowa, bedzie trudniej. Oczywiste. Prawda?
Dzien 5
Rozmawiamy do 4 w nocy, co i jak, jakie ma dla nas znaczenie to przemieszczanie dupska z miejsca na miejsce, po co podrozowac, wspolnie. Ostatecznie slowo "toleruje" zostaje zastapione slowem "rozumiem" gdzie juz niedaleka droga do "akceptuje" :-D Jest dobrze.
Pobodka zaplanowana na godzine 7. Wstajemy o 10:30 zeby o 11:00 pozegnac sie z Valerio i zewakulowac sie z jego zabawnego mieszkania. Kilka minut zawachania. Lewo-prawo. Rondo, trzecie, wlasciwe czy nie? Dalej blizej. Nie ma czasu, stajemy gdzie nam kazal Valerio i po 5 min zatrzymuje sie Przystojniak z Wegier. 150km wspolnie, z plecakiem ciezszym o wage jednej plyty CD z Mega muzyka od Wegra. Potem podroz z dziwnie agresywnym, acz nie do nas(chyba bylismy Kamratami) Rosjaninem. Caly czas czestuje nam umcykajaca nuta, ktora calkowicie lasuje mi mozg.
Touch me here
Touch me there
U can touch me everywhere
wydaje sie byc filozofia przyjemniejsza od proponowanej przez Valerio. Jakos tak bardziej nowoczesna i wolna. Tak wiec poczestowany, lub czestowany przez 4h takim sortem tekstow, okraszonych odpowiedniej klasy linia melodyczna, zaczynam zastanawiac sie jak prostsze byloby myslenie w takich kategoriach :-D
Wydostajemy sie z Techno-autka jakies 20km przed Sibui, w srodku Transylwanii (chyba?), nieopodal przydroznej zarlodajni. Niesamowita Ciorba (Rumunska kuchnia...) i domowej roboty frytki sa pierwszym prawdziwym posilkiem od wyjazdu z Polszy, tak wiec nasza radosc nie ma granic. Jest 18, opor czasu do zmiezchu. Plan na wieczor: wejsc troche wyzej, rozbic namiot (zabawny idiom, rozbic namiot. Rozbic na co, na kotlety??) poczytac ksiazke, isc wczesnie i bezpiecznie spac.
Realizacja: wejsc 50m, posluchac nazekan Kinki, kolejne 50, znow... Potem 30 metrow przed meta, placz spowodowany calkowicie niezadowalajaca liczba otaczajacych moja partnerke pajakow. Schodzimy na dol, inna droga na gore i znow pajaki... O co chodzi z tym lekiem przed pajakai, cmami, myszkami, glizdkami, i innymi stworzonkami ??
Z opisu wydaje sie jakby to byla chwila ale po ostatecznym zaaprobowaniu miejsca na czyms przypominajacym gorska sciezke, zdala od PAJAKOW :-P rozbijamy nasz namiort w sasiedstwie krowiej kupy. Swietnie. Wszystko zgodnie z planem no ale jest 20:00. Kiedy na dobre rozgaszczamy sie w naszym namiocie, rozebrani i gotowi do spania, zaczynamy zajmowac sie w koncu sooba, slyszymy kroki i krzyki... Naprawde przestraszony, w tepie megaexpress zakladam spodnie, koszule. Na drodze spotykam niziutka ale za to glosna pania w wieku 65+ dzierzaca w dloni lancuch zakonczony dwiema olbrzymimi krowami. Dokladie tak jak przypuszczalem jestesmy na czyms w rodzaju sciezki a jak wiadomo powszechnie sciezki sa od tego zeby ponich sie przechadzac. Krowy tez moga. Akcja ratunkowa namiotu, przewracamy go na bok, krowska zprzyczepione do wspolczujacej z wzroku pani przechodza, a my pogryzieni przez komary nie zaznajemy juz tej nocy spokoju bezpiecznego snu. Wszystko zgodnie z planem. Sen juz nie tak latwy, przerywany nasluchiwaniem za wnukami babiny. Ja miast przytulac Kinge, cala noc przytulam sie do mojego plecaka. Na szczescie znow trzymani w uscisku Matki-wycieczki, rano po ogledzinach stanu osob na pokladzie, jak i ekwipunku, stwierdzamy stan wlasciwy do pozostawionego i rozpoczynamy z wachaniem dzien 6
Teraz spanie, jutro znow jakies male pisanie. Jeden dzien w Plecy na blogu to chyba nie tak duzo. Dzien dzisiejszy, no 6 w pamieci, z podnieceniem chlopaczka, czekam na jutro.
Jakos kiepsko idzie z tymi radami, ale wydaje sie byc naprawde latwo. Mysle, ze wpominanie o tym ze warto spac, kiedy sie da, bo nie wiadomo kiedy bedzie kolejna mozliwosc etc, kazdy powinien zlapac juz po kilku dniach w trasie, ale moze? Sry za interpunkcje i ortografie. Jak zawsze tak i dzis obiecuje sobie ze kiedys sie naucze. Kiedys
Ku pamieci: Pozdrawiam
Zauwazylam ze duzo lepiej mi pisac kiedy jestem napreawde zmeczony, nierozproszony, zapatrzony w ekran. Wiem co chce wtedy napisac, a z chaosu doznan wylazi samo wrazenie.
Z rad, to rada No5 bedzie o tym jak warto rozmawiac ze swoim Partnerem podczas podrozy. A wiec warto. Slowa maja sporo znaczen a jesli nie uzgodnicie wspolnie jakie znaczenie maja wasze slowa, bedzie trudniej. Oczywiste. Prawda?
Dzien 5
Rozmawiamy do 4 w nocy, co i jak, jakie ma dla nas znaczenie to przemieszczanie dupska z miejsca na miejsce, po co podrozowac, wspolnie. Ostatecznie slowo "toleruje" zostaje zastapione slowem "rozumiem" gdzie juz niedaleka droga do "akceptuje" :-D Jest dobrze.
Pobodka zaplanowana na godzine 7. Wstajemy o 10:30 zeby o 11:00 pozegnac sie z Valerio i zewakulowac sie z jego zabawnego mieszkania. Kilka minut zawachania. Lewo-prawo. Rondo, trzecie, wlasciwe czy nie? Dalej blizej. Nie ma czasu, stajemy gdzie nam kazal Valerio i po 5 min zatrzymuje sie Przystojniak z Wegier. 150km wspolnie, z plecakiem ciezszym o wage jednej plyty CD z Mega muzyka od Wegra. Potem podroz z dziwnie agresywnym, acz nie do nas(chyba bylismy Kamratami) Rosjaninem. Caly czas czestuje nam umcykajaca nuta, ktora calkowicie lasuje mi mozg.
Touch me here
Touch me there
U can touch me everywhere
wydaje sie byc filozofia przyjemniejsza od proponowanej przez Valerio. Jakos tak bardziej nowoczesna i wolna. Tak wiec poczestowany, lub czestowany przez 4h takim sortem tekstow, okraszonych odpowiedniej klasy linia melodyczna, zaczynam zastanawiac sie jak prostsze byloby myslenie w takich kategoriach :-D
Wydostajemy sie z Techno-autka jakies 20km przed Sibui, w srodku Transylwanii (chyba?), nieopodal przydroznej zarlodajni. Niesamowita Ciorba (Rumunska kuchnia...) i domowej roboty frytki sa pierwszym prawdziwym posilkiem od wyjazdu z Polszy, tak wiec nasza radosc nie ma granic. Jest 18, opor czasu do zmiezchu. Plan na wieczor: wejsc troche wyzej, rozbic namiot (zabawny idiom, rozbic namiot. Rozbic na co, na kotlety??) poczytac ksiazke, isc wczesnie i bezpiecznie spac.
Realizacja: wejsc 50m, posluchac nazekan Kinki, kolejne 50, znow... Potem 30 metrow przed meta, placz spowodowany calkowicie niezadowalajaca liczba otaczajacych moja partnerke pajakow. Schodzimy na dol, inna droga na gore i znow pajaki... O co chodzi z tym lekiem przed pajakai, cmami, myszkami, glizdkami, i innymi stworzonkami ??
Z opisu wydaje sie jakby to byla chwila ale po ostatecznym zaaprobowaniu miejsca na czyms przypominajacym gorska sciezke, zdala od PAJAKOW :-P rozbijamy nasz namiort w sasiedstwie krowiej kupy. Swietnie. Wszystko zgodnie z planem no ale jest 20:00. Kiedy na dobre rozgaszczamy sie w naszym namiocie, rozebrani i gotowi do spania, zaczynamy zajmowac sie w koncu sooba, slyszymy kroki i krzyki... Naprawde przestraszony, w tepie megaexpress zakladam spodnie, koszule. Na drodze spotykam niziutka ale za to glosna pania w wieku 65+ dzierzaca w dloni lancuch zakonczony dwiema olbrzymimi krowami. Dokladie tak jak przypuszczalem jestesmy na czyms w rodzaju sciezki a jak wiadomo powszechnie sciezki sa od tego zeby ponich sie przechadzac. Krowy tez moga. Akcja ratunkowa namiotu, przewracamy go na bok, krowska zprzyczepione do wspolczujacej z wzroku pani przechodza, a my pogryzieni przez komary nie zaznajemy juz tej nocy spokoju bezpiecznego snu. Wszystko zgodnie z planem. Sen juz nie tak latwy, przerywany nasluchiwaniem za wnukami babiny. Ja miast przytulac Kinge, cala noc przytulam sie do mojego plecaka. Na szczescie znow trzymani w uscisku Matki-wycieczki, rano po ogledzinach stanu osob na pokladzie, jak i ekwipunku, stwierdzamy stan wlasciwy do pozostawionego i rozpoczynamy z wachaniem dzien 6
Teraz spanie, jutro znow jakies male pisanie. Jeden dzien w Plecy na blogu to chyba nie tak duzo. Dzien dzisiejszy, no 6 w pamieci, z podnieceniem chlopaczka, czekam na jutro.
Jakos kiepsko idzie z tymi radami, ale wydaje sie byc naprawde latwo. Mysle, ze wpominanie o tym ze warto spac, kiedy sie da, bo nie wiadomo kiedy bedzie kolejna mozliwosc etc, kazdy powinien zlapac juz po kilku dniach w trasie, ale moze? Sry za interpunkcje i ortografie. Jak zawsze tak i dzis obiecuje sobie ze kiedys sie naucze. Kiedys
Ku pamieci: Pozdrawiam
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)















