Wiec to przedostani post. Troche bedzie mi pewnie brakowalo tego stukanka wieczornego w czarne klawisze, dziwne klawiatury, w dziwnych miejscach. Wylaczajace sie z pradu komputery tez bede z rozrzewnieniem wspominal. Za chwile odlatuje z lotniska w Delhi a po 4h czeka mnie kolejne 16 na lotnisku w Emiratach Arabskich. Nie wiem jeszcze jak to wytrzymam ale potem jeszcze kolejne 6 w samolotach do Istambulu a potem Berlina. Chcialbym umiec tak wylaczyc sobie myslenie. Zeby nie musiec sie uzerac z imadlem w klatce piersiowej, ktoremu sciskac kaze sie mysl o niepojechaniu do Nepalu.
Wczoraj z hotelu w Bagsu wyszedlem o 6:30 myslac ze autobus mam o 7:30 ale wyraznie mi sie cos poprzestawialo bo autobus odjechal o 6:30. Beze mnie. Wiec caly w panice lapie taxe, gonimy autobus, a ja z podexcytowania daje buziaka Hindusowi-taxiazowi za to ze dogonil moj 12h koszmarowoz. 200rpi ubozszy wsiadam do wspomnianego koszmarka, za ktorego malo nie zaplacilem bo niby "touristic class" cokolwiek znaczy ten zwrot. Siadam obok grubawego hinduska, ktory przez telefon z kims sie rozwodzi. Jest najgorzej. Ten agresywnie przy tym wymachuje, rzuca sie na siedzeniu, krzyczy. Naprawde nie wiem co z nim zrobic. Prosze go zeby wylaczyl dzwiek w telefonie, mowi ze nie umie. Uciszyc sie, nie potafi tez, chociaz w sumie nawet przez chwile probowal. Po chwili zaczyna sie strasznie rzucac, zaczynam myslec ze ma padaczke... Nie wiem co zrobic z nim ale po chwili okazuje sie ze zgubil portwel i dostaje jakiegos wstrzasu nerwowego, rzuca sie, zpycha mnie z fotela i zaczyna naprawde odplywac. Twarz oblewa mu pot i krzyczy po angielsku jakies straszne sumy, obwinia wszystkich na okolo, zatrzymuje autobus... Nie wiem co myslec jak po 30 secundach walki, portwel sie znajduje a ten lapie mnie jak maskotke pocieszenia i z calej sily sadosnie poklepuje mnie po plecach prubujac obic mi pluca. Caly w skowronkach znow usadza swoje dupsko w fotelu i wesolo do mnie zagaduje jaki to jest bogaty i na zmiane przez telefon rozwodzi sie ze swoja lasia... Czemu mnie to trafia w tym tragicznie smutnym bo ostatnim dniu?
Potem po dojechaniu do Delhi mam jeszcze klopoty z karta, przejezdzam 7 bankomatow i w zadnym nie moge wyplacic ani Rupijki. Jestem zalamany i calkowicie wyrzety z energii. Zaczynam myslec o wyzebraniu kazsy na bilet Metra a taxowkaz, ktory mnie tam dowiozl calkowicie wariuje i mowi ze mam mu natychmiast dac kase. Ja teatralnie siadam na chodniku i udaje ze bede plakac. Odchodzi a ja po 2 min znajduje ukryty bankomat citybanku i wszstko sie udaje.
Koniec z narzekaniem. Jade do domu. Juz za 28h bede. Teraz ostatnia tortura podrozy czyli loty, a potem 100% z siebie i kolejny wazny czas zdobywania doswiadczej zupelnie innej kategorii. Mama mowi ze czlowiek jest najbardziej zadowolony, kiedy swiadomie pokonuje swoje slabosci, kiedy wbrew lenistwu i atropii dopina guziki. Wiec zgodnie z tym zmierzam ku obiecanemu soebie hadremu Dzialaniu!
Rada No16 to taka, zeby od poczatku nastawiac sie na Powrot (jesli taki byl zaplanowany:-P) i kiedy nadejdzie juz sie nie martwic, ze nadszedl. Szkola jest nudna:-D Rutyna sama w sobie odstrasza. 2 miesiace to bylo za malo a teraz wszystko co bedzie to ciezka praca. Ale i tak jak mowi pan Karmapa wszedzie musimy szukac usmiechu.
Podsumowujac, mysle ze Indie nie sa tak przerazajace. Nie wiem czemu martwica mozgu odebrala mi zdolnosc trzezwego myslenia przed wyjazdem ale naprawde nie bylo czego sie bac. Caly szok kulturoiwy, odmiennosc zwyczajow i zupelny balagan nie sa powodem do spinki i odbierania sobie nadzieii na powodzenie podrozowania w tym kraju. Teraz zaluje ze nie wzialem laptopa, mp3. Nie musialem sie bac o brak papieru toaletowedo i srodkow czystosci. Za duzo myslenia wcale nie pomaga teraz to wiem. Zdolnosc do zlewania tego na co sie nie ma ochoty tez pozadana. Nie wiem czemu tak dlugo czasu zajelo nam wyluzowanie z calego tego balaganu. Wszedzie jest przeciez tak samo, tutaj jest tylko troszeczke inaczej.
Jak wroce do domu, napisze jeszcze cos. Mam nadzieje, ze bedzie to cos waznego, sensownego. Postaram sie w podrozy pozbierac troche mysli, zeby wszyscy ci co juz niedlugo beda miec Vize Indyjska w paszporcie wiedzieli jake fale przybrac. Zeby samemu sobie uswiadomic range podrozy dla samego siebie. Chociaz teraz mysle ze byla to jedna z najwazniejszych lekcji, nie wiem gdzie to wszystko cie we mnie ulokowalo i czego tak naprawde ta lekca mnie nauczyla. Moze sam poddalem sie tym wszystkim frazesa i teraz leje wode mowiac "podroze ksztalca"... Nie wiem za bardzo. Moze juz niedlugo a moze za dlugo sie dowiem.
A jak napisze to na koncu dodam The End. Zeby bylo wiadomo ze teraz juz wylaczam tryb wakacyjny, tryb kontemplacyjny. Pora na telesfora
Czytaliśmy i czekaliśmy.
OdpowiedzUsuńKiedy napiszesz ostatniego posta pozostanie tylko czekać.
Ja czekam z niecierpliwością na Twój powrót i opowieści przy szklance... czegoś.
Mam gule w gardle czytajac "The End" i myslac o tym, ze za 10 dni mnie tez to czeka... Badz dzielny Mis. Ja tu juz wszystkim mowie, ze za rok przyjezdzam z moim boyfriend i robimy 14 dni treka i najlepsze bungee jumping na swiecie i rafting i cross - country paragliding. A wszystko to RAZEM:*
OdpowiedzUsuń