czwartek, 23 września 2010

3 dni do konca.

Dzis juz tak niewiele zostalo. 3 magiczna liczba, trzeba wykozystac pozostajace dni jak najlepiej sie da. Przeszkadza brak Kingi. Wszystko juz nie takie kolorowe jak nie ma sie komu tego powiedziec, z kim przemyslec slow tych wszystkich ludzi na okolo. Troche bardziej przytlumiony i juz nie tak twardy, bardziej szary czekam na wyjazd jednoczesnie jak glupi chwytajac wszystko co tu jeszcze nie zostalo przeze mnie zbadane.

Wiec nie za duzo do pisania z przezyc. Dzis spacer w niskie Himalaje posrod niesamowitych olbrzymich rododendronow (ciekaw jestem jak tu jest jak kwitna) i tylko kilka przemyslen. Nie wiem poco wracac do domu i znow odwalac rutynke, ale chyba niezbedne jest wyedukowanie siebie, nauczenie swojego mozgu myslec i sie uczyc a potem w pelni swiadomie przyjmowac to co gotuje sie za rogiem.

Jesli ktos jeszcze nie za bardzo siebie zna, niepewnie czuje sie w sytuacjach, cokolwiekby to znaczylo, nie znalazl swojego marzenia, celu, mysle ze powinien tutaj przyjechac. Zobaczyc jak zyja Indolki, podroznicy. Jak niewiele trzeba zeby sie usmiechac. Duze slowa ale czuje ze 2 miesiace w Indiach to malo czasu, ale duzo zmian w czlowieku.

Kiedy przytargalismy sie do Delhi, przez 2 pierwsze dni bylem calkowicie sparalizowany, balem sie wychodzic z naszego domku. Szok kulturowy i juz o tym pisalem. Nic nie jest tak jak w domu, kazdy do ciebie mowi, kazdy patrzy. Dzis jakos tez do wszystkich mowie, do kazdego sprzedawcy z bananem na ustach chce sie zagadac, powiedziec mile slowo. Spotykam pogroznikow i gadam z nimi zaczynajac od srodka a nie od "what's ur name" tylko opowiadajac jak wlasnie przed chwila jadlez zupe i polecasz, a tak poza tym to chyba dzis jest jakies party w Daramsalhi. Nie wiem jak to nazwac, ale czuje sie jak w filmie, gdzie wioskowy chlopiec idzie przez swoja wioseczke i zagaduje do wszystkich wolajac ich po imieniu. Mnostwo osob zna sie tu po imieniu i wszyscy sie dobrze z tym czuja. Maja siebie na wiezchu i nie potrzeba zawiazywac dlugotwalej znajomosci zeby ktos opowiedzial ci cos ciekawego, smutnego, prywatnego. Tu wszystko jakos wedruje, z ust do ust przenosza sie rady, madre slowa, zyciowe wybory i sciezki tych wszystkich tu.
Pisze to dlatego ze przedwczoraj ktos powiedzial ze po powrocie do domu czuje sie jeszcze wiekszy szok kulturowy niz przy przyjezdzie do Indii. Otwartosc ludzi w domu ogranicza sie do cichego "przepraszam" kiedy trzepna cie niechcacy parasolem w autobusie. Nikt z nikim nie zamieni bezinteresownego slowa, bez zobowiazan a w obawie o swoja "prywatnosc" mokt nawet sie na siebie nie patrzy. Bezsensu byloby rozpoczac rozmowe o niczym z jakims kolejnym nikim w jakims niekonkretnym miejscu w trakcie czekania na kolejny autobus.  Ile razy mowi sie dziendobry w domu ? Ja dziennie tutaj przynajmniej obdarzam usmniechem i tutejszym "Namaste" 100 osob a jeszcze wiecej pozdrawia mnie. Codziennie jestem zagadany o smak ciastka z piekarni, miejsce skad pochodze, o moje samopoczucie. Nie jest to jednak Angielska uprzejmosc tylko taka jakas ludzka :-D To jest cos zupelnie innego i chodzbym nie wierzyl w zadnych bogow i w zadne duszki, to jednak tutaj, w poblizu klasztorow, z pousmiechanymi mnichami na ulicy, jakos wyczuwqa sie aure zadowolenia i wszechobecnej jednosci? Nie bardzo w dalszym ciagu znajduje odpowiednie slowo.
Boje sie 2-giego szoku kulturowego jak holera. Nie wiem jak sie na to przygotowac, a moze juz teraz powinienem kupic sobie jakies Indyjsko pachnace klapki na oczy zeby chociaz miec wspomnienie tego miejsca kiedy bede NIE zwracal uwagi na wszystko wokol.

Coraz czesciej w Warszawie zadawalem sobie pytania, gdzie, poco, dlaczego, dla kogo, jak jeszcze dlugo robie to co robie i chyba to normalne dla kazdego w moim wieku.  Tutaj zadaje sobie te pytania jeszcze czesciej ! I tak jak tam odpowiedz przynosila mi duzo smutku i duzo rozczarowania tak tutaj zaczynam wszystko jakos sobie ukladac. Dlaczego wracam do Warszawy, dlaczego nie rzuce szkoly na rzecz tutejszego zycia. Dlaczego jednak chce zostac jeszcze i przygotowywac sie na przyszlosc.
Karmapa, przewodnik duchowy buddystow mowil, ze zupelnie jedynym celem w zyciu jest byc szczesliwym. Jedyny i zupelny cel. Fajne co ??

2 komentarze:

  1. Cześć Bartu.
    Dziękujemy za kartkę ze słonikiem.
    Myślimy o was i czekamy Pa
    Ciocia monika
    PS.
    Proponuję tobie żebyś nie przejmował się tak bardzo błędami. Jesteś tak fantastycznym facetem, że ta drobna niedoskonałość jest nieistotna.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chetnie Cie zabiore do Nepalu, dzieku czemu odwleczesz powrot do dzikiej Warszawy. Brakuje mi tu Ciebie jak cholera!!! Czytalam posta z milym wrazeniem, ze mamy bardzo podobne przemyslenia po tej podrozy. Dziekuje Ci za nia najmocniej:* To najlepsze co mnie w zyciu spotkalo. Ko.

    OdpowiedzUsuń